,
Obserwuj
Podkarpackie

To miasto było na pierwszej linii pomocy. "Człowiekowi głos się łamał, gdy widział te dzieciaki"

ps
5 min. czytania
24.02.2025 06:39
- To, co będę pamiętał do końca życia i z czym będę kojarzył te pierwsze godziny od wybuchu wojny, to głucha, przeszywająca wręcz cisza setek ludzi wysiadających z pociągu. Cicho były nawet dzieci. To wszystko było strasznie przejmujące - mówi TOK FM Marek Szymański, mieszkaniec Przemyśla.
|
|
fot. Karol Porwich/East News
  • W poniedziałek 24 lutego mija trzy lata od wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie;
  • Byliśmy w Przemyślu - mieście, które dla wielu uchodźców uciekających przed wojną było (i nadal jest) pierwszym ośrodkiem po przyjeździe do Polski;
  • Według wyliczeń Urzędu Miasta w Przemyślu - koordynującego lokalny punkt recepcyjny - codziennie na tutejszy dworzec przybywa około 1500 obywateli Ukrainy;
  • "Zdecydowana większość to uchodźcy z terenów objętych działaniami wojennymi - mówi Jacek Paniw z Urzędu Miasta;
  • W mieście czuć pewne zmęczenie wojną.

To był czwartek, 24 lutego. Pan Marek jak zwykle wstał wcześnie rano do pracy. - W drodze do niej włączyłem radio i usłyszałem, że Putin zaatakował. Od razu wiedziałem, że Przemyśl będzie pierwszym miejscem dla ludzi z Ukrainy, którzy będą uciekać przed wojną - wspomina w rozmowie z nami Marek Szymański, mieszkaniec Przemyśla. Nie mylił się.

Pojechał na dworzec. Na miejscu była już spora grupa wolontariuszy, którzy pomagali Ukraińcom. - To, co będę pamiętał do końca życia i z czym będę kojarzył te pierwsze godziny, to głucha, przeszywająca wręcz cisza tych setek ludzi wysiadających z pociągu. Cicho były nawet dzieci - opowiada. Pamięta też rytmiczne uderzenia kółek od walizek o bruk. - To wszystko było strasznie przejmujące - dodaje.

Tłumy na dworcu w Przemyślu 

Już po południu 24 lutego w Przemyślu był prawdziwy tłum. Z jednej strony Ukraińcy, którzy uciekali przed agresją Putina, z drugiej - osoby chcące im pomóc. Ci drudzy przyjeżdżali z całego regionu.

To jego Putin 'zwerbował' do swojej gry. 'Mamy powody do obaw'

Mirosław Majak - przewodniczący Związku Gmin Fortecznych Twierdzy Przemyśl - wspomina pierwsze godziny jako jedną wielką improwizację. To były nieskoordynowane działania wielu ludzi, którzy w odruchu dobrego serca przyjechali na dworzec, aby pomóc obywatelom Ukrainy.

- W rozmowie z komendantem miejskiej policji doszliśmy do wniosku, że sam dworzec powoduje całkowitą blokadę Przemyśla i że trzeba tych ludzi gdzieś przewieźć. Mieliśmy na obrzeżach miasta opuszczony magazyn po TESCO i tam postanowiliśmy rozłożyć prowizoryczne miasteczko namiotowe, żeby jakoś odkorkować rejon dworca - wspomina.

Słyszę, że zdradzają ukraińskich żołnierzy z Polakami. 'Ogromna liczba' rozwodów

Miasteczko szybko rozrosło się do ogromnych rozmiarów. Pełniło funkcję "poczekalni" dla tych, którzy w niedalekiej przyszłości mieli ruszyć dalej w Polskę. - Szybko ustawiliśmy kontenery na odpady, ogarnęliśmy toalety, stoiska na wydawanie zupy. Wszystko działo się, jakby było zaprogramowane. Nie wiem, skąd to wynikało, ale biorąc pod uwagę skalę tego wydarzenia, szło nam całkiem dobrze - tłumaczy Majkowski.

- Byliśmy wtedy zupełnie sami, organizowaliśmy cały ten system na własną rękę - dopowiada Marek Szymański. - Od nikogo z władz centralnych nie mieliśmy pomocy, samorząd też był sam. Dopiero po kilku dniach, gdy mieliśmy już wszystko usystematyzowane, zaczęli pokazywać się różni ludzie - dodaje.

Według Majkowskiego najtrudniejsze były pierwsze dwa tygodnie. - Nie raz człowiekowi głos się łamał, jak widział dzieciaki niesione w betach, którym groziła hipotermia. Widać było, że to ludzie, którzy uciekają, bo nad ich głowami latały rakiety - wspomina.

Polskie dzieci zapędziły Ukrainkę do kąta i puściły jej odgłosy wystrzałów. 'Płakała'

Do Przemyśla wciąż przyjeżdżają nowi Ukraińcy

Trzy lata po tamtych wydarzeniach nad Przemyślem nadal unosi się mgła wojny. Mimo że jest już znacznie przerzedzona, to na dworcu kolejowym dalej słychać głównie język ukraiński. Ciągle działa też punkt recepcyjny i kioski, w których można kupić tymczasową kartę SIM do telefonu z ukraińskim bądź polskim numerem.

Przeważnie pełna jest też dworcowa poczekalnia, gdzie na pociąg w stronę Kijowa czy Odessy czekają obywatele Ukrainy - głównie kobiety z dziećmi. - Wracam do Tarnopola, bo mąż wychodzi ze szpitala - mówi Irina, która pierwszy raz od ponad sześciu miesięcy ma zobaczyć swojego męża Ivana, rannego w obwodzie donieckim. - Potem wracam do Wrocławia, bo mam tam pracę od ponad roku - dopowiada.

Z podjeżdżającego na peron charakterystycznego niebieskiego pociągu w większości wysiadają także kobiety i dzieci albo studenci, którzy na co dzień studiują w Rzeszowie lub Krakowie.

Jacek Paniw z Urzędu Miasta w Przemyślu wylicza, że dziennie na dworcu pojawia się średnio około 1500 osób i większość z nich kwalifikowana jest jako uchodźcy. - Od trzech lat system działania w naszym punkcie recepcyjnym jest ten sam: pytamy się Ukraińców, czy czegoś potrzebują, udzielamy wszelkich potrzebnych informacji, oferujemy noclegi, bo nadal całkiem regularnie zgłaszają się osoby, które dosłownie nie mają się gdzie podziać - przyznaje. Precyzuje, że najczęściej takie sytuacje pojawiają się w okresie ciężkich walk na froncie.

Obecnie Urząd Miejski utrzymuje około 70 miejsc noclegowych dla uchodźców. - Większość jest zajęta, więc to czasem jest problem, by wszystkich ulokować - mówi Paniw. - Na szczęście współpracujemy z innymi gminami z regionu i takie sytuacje również rozwiązujemy, ale rzadko one już występują - dopowiada.

W Ukrainie była wrogiem alkoholu, tutaj go polubiła. 'Ostrożnie, by Polska nie odrzuciła'

Mieszkańcy odczuwają znużenie wojną

Gdy pytam mieszkańców Przemyśla o Ukraińców dziś, trzy lata po wojnie, odczuwam ochłodzenie relacji. Choć daleko tu do nastrojów antyukraińskich, słyszę m.in. o "luksusowych samochodach na ukraińskich blachach" albo o tym, że "niektórzy potrafią być absurdalnie roszczeniowi". - Syn pracował w kinie, a tam matka z dzieckiem zrobiła burdę, bo nie puszczali bajki z ukraińskim dubbingiem. Chcą z nas dalej wyciągać pieniądze, nie dając nic w zamian - mówi jedna z mieszkanek.

- Przemyśl od zawsze był miastem dość specyficznym. Tu od wieków krzyżowały się szlaki międzynarodowe i myśmy właściwie żyli jak prawdziwi sąsiedzi z Ukraińcami - mówi Mirosław Majkowski. Jego zdaniem na to ochłodzenie relacji wpływa kilka czynników. Jeden z nich to na pewno polityka, zwłaszcza że antyukraińskich haseł w kampanii prezydenckiej nie brakuje. Dość mocno rezonuje też temat ekshumacji ofiar czystek przeprowadzonych przez UPA na tych terenach czy na Wołyniu w trakcie II wojny światowej. - Ta sprawa nie jest zapomniana. Znam ludzi, którzy są potomkami ofiar tego ludobójstwa. Co nie zmienia faktu, że oni też - równie aktywnie - pomagali na dworcu czy w miasteczku, kiedy wybuchła wojna. Brali do siebie Ukraińców, oddawali im artykuły pierwszej potrzeby. I nie ma co się dziwić, że w zamian oczekują gestu dobrej woli w tej sprawie - dopowiada Majkowski.

Stanowczo jednak potwierdza - podobnie jak większość napotkanych przeze mnie mieszkańców - że w przypadku zaognienia konfliktu i kolejnej fali uchodźców zaangażowaliby się tak samo aktywnie jak trzy lata temu. - To po prostu jest, tylko i aż, zwykły ludzki gest - mówi z przekonaniem Marek Szymański.