"22-latka jest umówiona, by zamrozić komórki". Polki tak bardzo boją się ciąży, że wybierają sterylizację
9 stycznia agenci Centralnego Biura Antykorupcyjnego wkroczyli do gabinetu ginekolożki dr Marii Kubisy i zabrali dokumentację medyczną pacjentek. Sąd w Szczecinie wydał postanowienie w tej sprawie. Wynika z niego, że agenci nie mieli do tego prawa.
- Decyzja sądu nic nie wnosi, ponieważ część dokumentacji papierowej została oddana po dwóch miesiącach od jej zabrania, ale tylko dlatego, że pacjentki zaprotestowały. Czekamy na pisemne uzasadnienie tej decyzji. Nie wiemy, co sąd orzeknie, jakie będą tego konsekwencje - mówiła w TOK FM dr Maria Kubisa, która jest ordynatorką oddziału ginekologii operacyjnej i chirurgii plastycznej szpitala w Prenzlau w Niemczech, pracuje też w szpitalu w Nowogardzie.
Lekarka podkreśliła, że duży wpływ na jej pracę miało orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego z 2020 roku, którym kieruje Julia Przyłębska. - Po ogłoszeniu wyroku przez Julię Przyłębską, nie prowadzę już ciąż w Polsce. Mówię pacjentkom, że z uwagi na ten wyrok nie jestem w stanie ich rzetelnie leczyć. Nie mogę wziąć odpowiedzialności za pacjentkę i jej nienarodzone dziecko - mówiła rozmówczyni Piotra Maślaka.
To nie wszystko, co mamy dla Ciebie w TOK FM Premium. Spróbuj, posłuchaj i skorzystaj z oferty "taniej na zawsze". Wejdź tutaj, by znaleźć szczegóły >>
"Od kilku lat jestem prześladowana"
Jak oceniła, od 2020 roku, czyli od zaostrzenia prawa antyaborcyjnego, w Polsce "lekarz boi się pacjentki, a pacjentka boi się lekarza". Ginekolożka przyznała, że w jej przypadku strach jest większy. Gościni "Pierwszego Śniadania w TOK-u" stwierdziła, że od kilku lat w Polsce nie czuje się bezpiecznie.
- Od kilku lat jestem prześladowana. Fanatycy, których naprawdę się boję, zaczęli najpierw przesyłać na skrzynkę mailową szpitala w Prenzlau, że "żywię się krwią embrionów", ale nasi prawnicy jakoś sobie z tym poradzili. Później zaczęły się telefony z groźbami, że mnie zniszczą. Potem zaczęto przynosić pod gabinet krzyże i różańce. Na początku nie wiedziałam, co to ma znaczyć, myślałam, że może ktoś zgubił, ale to się zaczęło powtarzać - relacjonowała.
Lekarka nie może spełnić próśb pacjentek
W rozmowie z Piotrem Maślakiem ginekolożka opowiedziała, jak wygląda jej praca w szpitalu w Nowogardzie. Przywołała przykład pacjentki z Ukrainy, która poprosiła o znieczulenie zewnątrzoponowe. - Byłam zażenowana, że u nas jest tak źle. Dziewczyna dwa porody odbyła w Ukrainie, przyjechała tutaj do porodu swojego trzeciego dziecka i poprosiła o znieczulenie zewnątrzoponowe. Musiałam jej powiedzieć, że nie mogę jej tego zaoferować. A jedynie mogę jej dać to, co mam przeciwbólowego. Pacjentka spojrzała na mnie z wyrzutem i powiedziała, że w Ukrainie dostawała znieczulenie... Jesteśmy za Ukrainą, nie wiem, za kim jeszcze - mówiła.
Dla porównania lekarka podkreśliła, że w Niemczech "każda pacjentka, która jest ubezpieczona, ma pełne prawo do pełnej diagnostyki prenatalnej". - Najlepszej i najdroższej, np. polegającej na nieinwazyjnym badaniu z krwi czy dokładnym badaniu biochemicznym. Jeżeli wykrywa się wadę, to rozmawia się z pacjentką i pacjentka decyduje, co z ciążą dalej. (?) Pacjentka ma tutaj prawa. Nie boi się - oceniła doktor Kubisa.
Polki decydują się na sterylizację
Z powodu rygorystycznego prawa i tego, jak wygląda opieka nad ciężarnymi w Polsce, coraz więcej kobiet decyduje się na wyjazd do niemieckich placówek. - Dużo pacjentek przyjeżdża tutaj na wstępną diagnostykę. Ja je diagnozuję, a następnie przekazuję moim kolegom, lekarzom z Polski, którzy przejęli gabinety niemieckich kolegów. Oni te ciąże prowadzą - opisywała lekarka.
Jak podkreśliła, "Polki, które przyjeżdżają, boją się mówić głośno, po co przyjechały". - Pacjentki są tak zastraszone, że nawet jak przyjeżdżają na sterylizacje, które są tutaj legalne, boją się o tym powiedzieć. Mówię wtedy do pacjentki: "Jest pani w wolnym kraju, ma pani prawo. Pani sobie życzy, pani płaci. I pani zrobimy" - mówiła lekarka.
Ola poroniła w domu. Prokuratura kazała wypompować szambo i w ściekach szukać płodu
Kobiet, które decydują się na zabieg sterylizacji, jest coraz więcej. - W ubiegłym tygodniu była 22-letnia dziewczyna z tzw. ściany wschodniej. Pytam: dlaczego akurat w tym wieku i dlaczego zdecydowała się na taką metodę. A ona wyedukowana, studentka mówi, że chce w ten sposób przetrwać ten straszny czas, żeby nie musieć się obawiać, że zajdzie w ciążę. Poza tym jest już umówiona w klinice leczenia niepłodności, żeby zamrozić swoje komórki jajowe. Kiedy to się skończy i poczuje się w Polsce bezpiecznie, wtedy zdecyduje się na ciążę - opowiadała ginekolożka.
"Boją się pójść do szpitala w Polsce"
Maria Kubisa podkreśliła, że środowisko medyczne w Niemczech z niedowierzaniem patrzy na to, co się dzieje w Polsce, "że w Europie, w kraju demokratycznym, może obowiązywać tak restrykcyjne prawo wobec kobiet". Dlatego m.in. pielęgniarki niemieckie uczą się polskiego, żeby móc zebrać wywiad z pacjentkami, żeby pomóc jak największej grupie kobiet z Polski.
Obecnie do szpitala w Prenzlau przyjeżdżają też Polki, gdy ich ciąża obumarła. - Boją się pójść do szpitala w Polsce. Mówię im, że wcale nie muszą tego tutaj robić, bo to jest drogi zabieg, kosztuje 500 euro. A one mówią, że chciałyby przeżyć, bo mają w domu dwoje-troje dzieci i nie chcą umrzeć - relacjonowała rozmówczyni. Przypomnijmy, że w kilku szpitalach w Polsce doszło do sytuacji, że lekarze nie decydowali się na zakończenie ciąży np. gdy wody płodowe odeszły. Tak było w przypadku 33-letniej Doroty. Kobieta trafiła do szpitala w Nowym Targu, gdzie zmarła.
Dziennikarz TOK FM zapytał, czy lekarka nie boi się mówić publicznie o zabiegach dotyczących obumarłych ciąż, bo - po powrocie do Polski - do jej drzwi może zapukać policja. Lekarka podkreśliła, że robi to, co jest zgodne z niemieckim prawem.
Ginekolożka zakończyła rozmowę historią dotyczącą pacjentek z Ukrainy, które mieszkają w Polsce. - Dziewczyny pakują się i jadą do Lwowa, bo obawiają się tego, co je tutaj spotka - stwierdziła dr Maria Kubisa.