"Nie chciałem". Proces zabójcy 11-letniej dziewczynki
Był 29 października. Tadeusz L. przyszedł do mieszkania swojej konkubiny. Przyniósł słodycze (ma z konkubiną troje małych dzieci) i wino, bo dzień wcześniej miał imieniny. Pił sam. W pewnym momencie doszło do awantury. Chwycił za nóż i zadał sobie cios w szyję. Potem próbował ugodzić konkubinę. W obronie matki stanęła 11-latka, która akurat wróciła ze szkoły. Dostała cios w okolice klatki piersiowej. Kilka dni później zmarła w szpitalu. - Oskarżony co najmniej przewidywał możliwość pozbawienia jej życia i godził się na powstanie skutków w postaci śmierci człowieka - tak prokurator uzasadniał akt oskarżenia.
Tadeusz L. został na salę rozpraw doprowadzony z aresztu. Niewysoki, przygarbiony, poważny. Jego zeznania znacznie odbiegały od poprzednich, składanych w prokuraturze. Stwierdził, że awantura zaczęła się od podejrzeń i pretensji, że może mieć kochankę. To był pretekst. Od słowa do słowa, chwycił za nóż. Zeznał, że gdy trzymał go w ręku chciał zamknąć drzwi od pokoju, w którym był z konkubiną. Jego zdaniem, to prawdopodobnie wtedy 11-letnia Malwina została przypadkowo ugodzona w klatkę piersiową. - Pewnie, że żałuję tego, co się stało. Ja Malwinkę kochałem jak własną córkę. Ona u mnie nocowała, wszystko miała, nawet huśtawkę. Ona u mnie się bawiła - tymi słowami ze łzami w oczach Tadeusz L. zakończył swoje zeznania przed sądem.
Mężczyźnie grozi nawet dożywocie.