Szczupły, czyli skłonny do schizofrenii. Pseudonauka w służbie nazistom
"Opiekunki zdrowotne relacjonują urzędnikom, że ich pacjenci odmawiają udzielania informacji najczęściej z obawy przed sterylizacją. Dobrze wiedzą, że opowieść o chorej ciotce, pijącym ojcu, bracie umieszczonym w zakładzie albo dziecku, które 'słabo się uczy', może wrócić do nich jako decyzja sądu. Rodzina, która przez lata ukrywa wstyd, biedę, epilepsję, niepełnosprawność albo chorobę psychiczną, teraz jest jeszcze czujniejsza". Publikujemy przedpremierowy fragment reportażu Tomasza Bonka pt. "Obłęd w Breslau. Zbrodnia w imię czystości 'rasy'".
Poniższy fragment pochodzi z książki Tomasza Bonka pt. "Obłęd w Breslau. Zbrodnia w imię czystości 'rasy'", która ukaże się 12 listopada nakładem wydawnictwa Znak Literanova.
Po Śląsku jeżdżą już dwie ekipy w białych kitlach. Pierwsza jest dla wszystkich dobrze widoczna; mówi się o niej otwarcie i dyskutuje z zainteresowaniem. Druga działa po cichu. Pracownicy instytutu antropologii z Breslau, ci od profesora Egona von Eickstedta, odwiedzają wsie i w szkołach oraz świetlicach mierzą tylko zdrowe ludzkie ciała. Fotografują, sprawdzają pochodzenie rodzin i układają niczym klocki ich "typy rasowe". W tym samym czasie powstaje druga kartoteka. Nie ma w niej jednak zdjęć wiejskich gospodarzy ani dumy z "nordyckiego" typu Śląska. Są za to akta pacjentów, tablice rodowe, karty osobowe, zapytania do urzędów stanu cywilnego, wyciągi z ksiąg zgonów i ankiety kierowane do rodzin.
Badacze tworzą tabele. Pierwsza ma opisać "rasowy" obraz prowincji, druga - wskazać ludzi i familie podejrzane o chorobę dziedziczną. Mają one zostać jak najdokładniej skatalogowane.
Tuż obok naukowców z Breslau, ale za zamkniętymi drzwiami szpitali i zakładów opiekuńczych, lekarze oraz urzędnicy służby zdrowia budują więc kartotekę chorych, jak sądzą, dziedzicznie. Interesują ich również rodziny pacjentów. Wypytują o rodziców, rodzeństwo, dzieci, dziadków, wujów i ciotki - zmarłych i żyjących. Każdą przypadłość należy wpisać w ród. Dlatego sprawdzają, w których rodzinach wystąpiły przypadki epilepsji, schizofrenii, wrodzonego niedorozwoju umysłowego, alkoholizmu, ślepoty, głuchoty, przestępczości, włóczęgostwa, ubezwłasnowolnienia, pobytów w zamkniętych zakładach, samobójstw, "dziwactw" albo "słabych charakterów". Tak powstaje druga, gorsza kategoria mieszkańców Śląska: ludzi naznaczonych "nieczystą krwią", diagnozami psychiatrycznymi, a niekiedy tylko podejrzeniem, że "coś jest z nimi nie tak".
Oba zespoły współpracują z centralnym urzędem do spraw rasy i na co dzień używają tej samej terminologii: "rasa", dziedziczność, typ, "wartość biologiczna", selekcja, użyteczność. Biorą też udział w tych samych zjazdach i konferencjach. Czytają te same opracowania. Stosują się do podobnych wytycznych.
Ustawa z 14 lipca 1933 roku o zapobieganiu potomstwu dziedzicznie choremu oraz inne regulacje z pojęcia Erbkrankheit "choroba dziedziczna" - uczyniły już kategorię prawną. Poradnie dziedziczno - rasowe wydają więc zaświadczenia potrzebne do zawierania małżeństw, a także do ubiegania się o pożyczki małżeńskie, przewidziane we wcześniejszych ustawach i wykorzystywane jako temat szkolnych zadań matematycznych. Dokumenty te są również niezbędne, kiedy małżonkowie starają się o adopcję lub zasiłki rodzinne.
Quiz: Ile wiesz o wydarzeniach ostatnich dni? Quiz TOK FM tylko dla odważnych
Ukończ quiz i odbierz nagrodę do -40% na TOK FM Premium!
Zniżka zależy od uzyskanego wyniku.
Promocje nie łączą się.
Ustawa o ochronie zdrowia dziedzicznego narodu niemieckiego, zwana ustawą o zdrowiu małżeńskim, z 18 października 1935 roku wprowadzi natomiast zakaz zawierania związków, jeżeli "jedno z narzeczonych cierpi na chorobę zakaźną groźną dla współmałżonka lub potomstwa, jest ubezwłasnowolnione, ma zaburzenia psychiczne uznane za niepożądane dla wspólnoty albo chorobę dziedziczną" w rozumieniu prawa sterylizacyjnego.
Tak państwo tworzy kolejne ramy, w których chory człowiek może zostać opisany jako "zagrożenie biologiczne". Od lata 1936 roku urzędnicy stanu cywilnego będą przesyłać do urzędów zdrowia informacje o zapowiedziach małżeńskich, a lekarze oceniać dokumentację w poradni dziedziczno - rasowej. (...)
Akcja sterylizacyjna przyspiesza. Już w pierwszym roku po wejściu w życie ustawy do sądów zdrowia dziedzicznego wpłynęły ponad osiemdziesiąt cztery tysiące wniosków, a wysterylizowano co najmniej trzydzieści dwa tysiące osób. W 1935 roku liczba postępowań wzrosła do dziewięćdziesięciu jeden tysięcy, a zabiegów - do siedemdziesięciu trzech tysięcy. Średnio wykonywano więc dwieście operacji dziennie. "Do końca 1937 roku w Niemczech ubezpłodnionych zostanie około dwustu dwudziestu tysięcy ludzi" - napisze w lutym 1938 roku w liście do Heinricha Himmlera Arthur Gütt z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Rzeszy.
Ale w samym Leubus nie wykonuje się takich zabiegów - nikt z zatrudnionych tu lekarzy nie ma uprawnień. Swoich pacjentów kierują więc przede wszystkim do szpitala Bethesda w pobliskim Wohlau, gdzie chirurg Wölfer przeprowadza sterylizacje niemal na masową skalę. Do końca 1937 roku wykona setki operacji, znacznie więcej niż wiele dużych klinik w Breslau. Zarobi na nich krocie.
W Leubus powstają za to genealogiczne tablice rodowe. Sporządza się je w dwóch egzemplarzach. Jeden zostaje w zakładzie, drugi trafia do centrali zajmującej się sprawami dziedziczności, która ma uzupełniać brakujące dane. Lekarz albo inny pracownik wpisuje do nich pacjenta i jego krewnych wraz z małżonkami. Obok notuje imiona, nazwiska, daty urodzenia, wyznanie, miejsce zamieszkania, zawód, przebieg chorób, aktualny stan zdrowia, pobyty w zakładach zamkniętych, leczenie, uzależnienia, sprawy sądowe i ubezwłasnowolnienia.
Kolejny dokument to karta osobowa pacjenta z informacjami dotyczącymi dziedziczności. Wypełnia się ją w trzech egzemplarzach. Dwa wysyłane są do centrali. Stamtąd oryginał trafia do urzędu zdrowia właściwego dla miejsca zamieszkania chorego. Potem powstają karty członków jego rodziny. Są w nich rubryki medyczne, społeczne i "moralne". Władze interesują się nie tylko diagnozą, ale także cechami charakteru, szczególnymi uzdolnieniami, osiągnięciami szkolnymi, konfliktami z prawem i pobytami w zakładach wychowawczych. W jednym dokumencie spotykają się psychiatria, antropologia, pedagogika, kryminologia, genealogia i "rasoznawstwo", bo lekarz ma również określić typ budowy ciała i "typ rasowy". To rzekomo istotne.
Pyknik na przykład, zgodnie z teorią budowy ciała Ernsta Kretschmera, to osoba o krępej, przysadzistej sylwetce. Według wykładanych na uczelniach "nauk" ma mieć skłonność do psychoz maniakalno‑depresyjnych.
Leptosomatyk - nazywany także astenikiem - jest jego fizycznym przeciwieństwem. Szczupły, o wąskich ramionach, długiej i płaskiej klatce piersiowej, cienkich kończynach oraz niewielkiej masie mięśniowej, ma być zamknięty w sobie, trudny w kontakcie i rozpięty między nadmierną wrażliwością a emocjonalnym chłodem. A przy tym częściej chorować na schizofrenię.
Ludzi o atletycznej budowie naukowiec opisuje natomiast jako powolnych w reakcjach, mających problemy adaptacyjne, skłonnych do długiego żywienia urazy, a czasem do nagłych wybuchów gniewu. Ten zestaw cech łączy z podatnością na padaczkę.
Budowa człowieka według tej teorii może być zewnętrzną oznaką procesów ukrytych w układzie nerwowym i dziedziczonych. Jej podstawą są obserwacje prowadzone wśród pacjentów szpitali psychiatrycznych. Kretschmer porównał grupę osiemdziesięciu pięciu osób z psychozami maniakalno‑depresyjnymi ze stu siedemdziesięcioma pięcioma pacjentami uznanymi za chorych na schizofrenię i wyprowadził z tego wniosek o "biologicznym powinowactwie" między budową ciała a psychozami. Sam jednak przyznaje, że granice między "typami" są nieostre, klasyfikowanie przypadków mieszanych zależy od oceny lekarza, a jego pacjenci pochodzą głównie ze Szwabii. Mimo tych zastrzeżeń teoria zaczyna żyć własnym życiem.
Inni naukowcy również przekonują, że lekarz powinien patrzeć na ciało jak na znak dziedzicznego losu. Twarz, czaszka, budowa ciała, historia szkolna, zachowanie i choroby mają mu się układać w jeden wzór. Jeżeli do niego nie pasują, medykowi z pomocą przychodzi formularz.
Dane mają zastosowanie praktyczne. Centrale psychiatryczno ‑ dziedziczno ‑ biologiczne odpowiadają na zapytania sądów zdrowia dziedzicznego, poradni małżeńskich, urzędów przyznających pożyczki małżeńskie i zasiłki rodzinne, administracji zajmującej się adopcją lub osadnictwem. Pomagają też w poszukiwaniu nisko płatnej pracy dla chorych uznanych za zdolnych do prostych robót. Od 1940 roku będą nawet pełnić funkcję agencji matrymonialnej dla osób wysterylizowanych i bezpłodnych, które zgodnie z ustawą nie powinny wiązać się z osobami dziedzicznie zdrowymi i zdolnymi do prokreacji.
* * *
W prasie ukazują się artykuły, w których państwo namawia chorych, by sami przychodzili do poradni dziedziczno ‑ rasowych. Odzew jest mizerny. Dobrowolne zgłoszenia osób planujących małżeństwo, należą do rzadkości. Część osób kierowanych przez urząd stanu cywilnego na badania rezygnuje ze ślubu i nie pojawia się w urzędzie zdrowia. Trudności sprawia też wypełnianie formularzy rodowych. Ludzie nie pamiętają dat, nazwisk, przyczyn zgonów ani chorób przodków. Albo pamiętają, ale na wszelki wypadek nie chcą o nich opowiadać.
Opiekunki zdrowotne relacjonują urzędnikom, że ich pacjenci odmawiają udzielania informacji najczęściej z obawy przed sterylizacją. Dobrze wiedzą, że opowieść o chorej ciotce, pijącym ojcu, bracie umieszczonym w zakładzie albo dziecku, które "słabo się uczy", może wrócić do nich jako decyzja sądu. Rodzina, która przez lata ukrywa wstyd, biedę, epilepsję, niepełnosprawność albo chorobę psychiczną, teraz jest jeszcze czujniejsza.
Władze próbują przełamać ten opór propagandą. Organizują wykłady, kursy, wystawy o dziedziczności, rasie i kosztach utrzymania chorych. Pokazują tabele, ryciny, schematy rodzin, rachunki. Przekonują, że zdrowi obywatele płacą za chorych, że "osoby małowartościowe" rozmnażają się szybciej, że "naród musi chronić własną krew". W Breslau i innych miastach Śląska wystawy higieniczne uczą, że ciało jednostki należy do wspólnoty. To szantaż: jeśli jesteś chory, twoje dziecko stanowi zagrożenie; jeśli bronisz chorego, obciążasz naród; jeśli milczysz, ukrywasz biologiczne niebezpieczeństwo.
Ale nie wszystko i nie zawsze da się ukryć. Rodzina może przemilczeć chorobę na przykład kuzynki, ale nie wymaże jej z dokumentów. Jeśli ktoś już trafił do zakładu, lekarz ma obowiązek działać - zakwalifikować go do drugiej, mniej wartościowej kategorii ludzi. Do "obciążonych". "Niegodnych potomstwa", a może nawet życia. Podobnie traktuje się przestępców.
Posłuchaj: