Protesty w Serbii. "Duch nie zgasł. Ale tli się nie tak wysokim płomieniem"
Serbia od roku protestuje. Studenci strajkują, wykładowcy też, niektórzy z konieczności, niektórzy z przekonania. Ten protest jeszcze pół roku temu budził wielkie nadzieje i przekonanie o możliwości zmiany. Zmiany politycznej, odsunięcia od władzy prezydenta Vucica, demokratyzacji życia politycznego, a zarazem większej transparentności i uczciwości w gospodarce.
Przedwczorajsza demonstracja w rok po katastrofie budowlanej w Nowym Sadzie – ogromna, wielotysięczna - sugeruje, że duch nie zgasł. Nie oznacza to jeszcze wcale, że nie zmalał. A jeśli nawet dalej się tli to może już nie tak wysokim płomieniem. Bo chociaż marsz do Nowego Sadu zgromadził setki tysięcy ludzi, a samo upamiętnienie i słynne 16 minut ciszy – po minucie dla każdej ofiary katastrofy – przebiegło spokojnie, to pojawia się pytanie, czy dalej trwa tendencja wzrostowa, czy też rośnie rozczarowanie i zniecierpliwienie.
Zdaniem niektórych tego rozczarowania jest ponoć całkiem sporo. I to niekoniecznie wśród elit belgradzkich. Hasło "Zmiana nie należy od nas, musi się wydarzyć coś poza Serbią, żeby tu się coś zmieniło" powtarzają także inni. Niekoniecznie pieszczochy władzy, niekoniecznie konformiści, niekoniecznie outsiderzy, do których nie dociera polityczne wrzenie. Pojawia się ton dołującej melancholii, z której płynie przekonanie o niemocy.
Władza zresztą sprytnie sprawę rozgrywa. Jeśli protesty studenckie były oddolne, to teraz przez serbskim parlamentem stoi miasteczko wojskowych namiotów, w których też protestują tzw. obywatele, ale za władzą, prezydentem Vucicem, porządkiem, który symbolizuje. To, że to ustawiona wioska patiomkinowska jest dla wszystkich jasne, ale też pokazuje zręczność, z jakim obóz rządzący miesza w narracji, przeinacza sensy, buduje wirtualną wersję obywatelskości. I nie składa broni, przekonany, że jednak rzecz jest cały czas do wygrania, protesty, których nie udało się rozproszyć zastraszaniem i aktami przemocy, da się być może jeszcze przejąć i zneutralizować ich sensy.
No i są oczywiście pytania o to, jakiego rodzaju kolor polityczny mają te protesty. W czerwcu z okazji święta Vidovdan na wiecu studenckim głos zabierali nacjonaliści, tacy spod znaku Radovana Karadzica, jak profesor literatury Milo Lompart. Wielu z ówczesnych sympatyków nie przeoczyło tego wydarzenia, traktując je jako punkt zwrotny i odwracając się od protestujących.
Ale nie należy przesadzać w żadną stronę. Fakt, że serbskie protesty trwają i nie gasną – znaczy swoje. Nie wiadomo jednak czy znaczy aż tyle, ile chcieliby w tym widzieć sympatycy.
Źródło: TOK FM