,
Obserwuj
Świat

"Skrajny scenariusz" dla Węgier. Orban "mógłby trwać dalej"

16 min. czytania
19.03.2026 06:36

Do wyborów parlamentarnych na Węgrzech zostało mniej niż miesiąc. Wyzwanie Viktorowi Orbanowi rzucił człowiek, który do niedawna był częścią jego systemu. Jeżeli sondaże odzwierciedlają rzeczywisty wynik, to trwająca od 16 lat era Orbana właśnie dobiega końca. Co może się zmienić w kraju nad Dunajem, jeżeli to Peter Magyar zwycięży? Czy rządzący Fidesz na pewno odda stery w razie porażki?

Viktor Orban na marszu poparcia w dniu narodowego święta Węgier
Viktor Orban na marszu poparcia w dniu narodowego święta Węgier
fot. ATTILA KISBENEDEK/AFP/East News
  • 12 kwietnia na Węgrzech odbędą się wybory parlamentarne;
  • Wieloletnim rządom Viktora Orbana poważnie zagraża Peter Magyar, którego partia w sondażach wyraźnie prowadzi;
  • W ostrej kampanii lider TISZY stawia na sprawy wewnętrzne i gospodarkę, a obecny premier na relacje międzynarodowe, wskazując Ukrainę jako główne zagrożenie dla kraju;
  • Niezależni dziennikarze informują o aktywności rosyjskich służb, które mają działać na rzecz utrzymania Orbana u władzy.

Kwiecień 2010 roku. Wybory parlamentarne na Węgrzech spektakularnie wygrywa partia Fidesz, która tworzy koalicję z Chrześcijańsko-Demokratyczną Partią Ludową (KDNP). Premierem zostaje Viktor Orban. To początek rewolucji w tym niespełna dziesięciomilionowym państwie. Nowa władza zdobywa większość, by móc zmienić konstytucję i szybko to robi. Ustawę zasadniczą krytykują międzynarodowe organizacje broniące praw człowieka, które zarzucają, że jest ona sprzeczna ze standardami ochrony praw człowieka, między innymi w kwestii aborcji czy związków osób tej samej płci. Rządzący całkowicie podporządkowują sobie Trybunał Konstytucyjny, stopniowo obsadzają kluczowe instytucje państwa swoimi nominatami. W kolejnych latach przejmują kontrolę nad mediami publicznymi, a znaczna część prywatnych trafia w ręce biznesmenów bliskich rządowi.

Premier nazywa ten model państwa "nieliberalną demokracją". W praktyce oznacza to silną kontrolę władzy nad instytucjami państwa, gospodarkę opartą na oligarchach powiązanych z rządem oraz narastające spory z instytucjami Unii Europejskiej. Jednocześnie Budapeszt rozwija relacje z Rosją i Chinami, mówiąc o polityce "otwarcia na Wschód".

W kwietniu tego roku Węgrzy znów idą do urn. Ale to inne wybory niż te sprzed czterech, ośmiu, 12 i 16 lat. Viktor Orban po raz pierwszy ma powody do tego, by realnie obawiać się porażki.

W sondażach przed wyborami zaplanowanymi na 12 kwietnia od wielu miesięcy prowadzi TISZA (Partia Szacunku i Wolności) z Peterem Magyarem na czele, uzyskując od kilku do nawet kilkunastu punktów procentowych przewagi. Opublikowane w ubiegłym tygodniu badanie Centrum Badań 21 wykazało, że 53 procent zdecydowanych wyborców popiera właśnie ją, a na Fidesz chce głosować 39 proc. badanych. Według sondażu opublikowanego przez portal 24.hu 38 proc. Węgrów popiera opozycyjne ugrupowanie, podczas gdy Fidesz może liczyć na 30 proc. poparcia. O wyniku wyborów przesądzą jednak niezdecydowani, a z różnych badań wynika, że około 20 proc. respondentów nadal nie wie, na kogo zagłosuje.

Skąd się bierze tak silna pozycja TISZY i co się zmieniło na Węgrzech, że tym razem scenariusz zmiany władzy jest naprawdę brany pod uwagę? - To połączenie kilku czynników. Kilkanaście lat rządów Orbana to bardzo długi okres i wyborcy mogą czuć się zmęczeni. Ważniejsze jednak wydaje się pogorszenie sytuacji gospodarczej - uważa Andrzej Sadecki, kierownik Zespołu Środkowoeuropejskiego w Ośrodku Studiów Wschodnich. Rzeczywiście, w ostatnich latach węgierska gospodarka wyraźnie zwolniła. Po pandemii kraj zmagał się z jedną z najwyższych inflacji w Unii Europejskiej, która w szczytowym momencie przekraczała 20 proc. Jednocześnie wzrost gospodarczy pozostawał stosunkowo słaby, zwłaszcza na tle innych państw regionu Europy Środkowej.

- To w pewnym sensie utrata przez Fidesz wizerunku partii, która zapewniała stabilność gospodarczą i dobrobyt. Kiedy przejmowała władzę, był to okres po wielkim kryzysie finansowym, który bardzo mocno uderzył w Węgry. Pierwsza dekada jej rządów była czasem może nie spektakularnego wzrostu, ale wyraźnej poprawy na tle wcześniejszych perturbacji - mówi analityk w rozmowie z tokfm.pl. Jak dodaje, "coraz bardziej widoczne stały się też kwestie fatalnego stanu służby zdrowia czy systemu edukacji".

Kluczową rolę odgrywa tu szef partii, który - jak zaznacza ekspert - "potrafi te emocje skanalizować". - Po raz pierwszy mamy do czynienia z jednym wyrazistym liderem, którego opozycja przez wiele lat nie miała - zwraca uwagę.

Narodziny lidera

Żeby zrozumieć fenomen Petera Magyara, trzeba cofnąć się do wydarzeń sprzed ponad dwóch lat.

Węgrami wstrząsa wtedy skandal związany z ułaskawieniem przez prezydent Katalin Novak byłego zastępcy dyrektora domu dziecka, który wcześniej zostaje prawomocnie skazany za tuszowanie przestępstw seksualnych popełnianych przez dyrektora placówki wobec wychowanków. Decyzja o ułaskawieniu zapada w 2023 r., ale społeczeństwo dowiaduje się o niej dopiero kilka miesięcy później, gdy informację tę ujawnia jeden z niezależnych węgierskich portali. Pod presją opinii publicznej w lutym 2024 r. Novak podaje się do dymisji. Stanowisko traci także była minister sprawiedliwości Judit Varga, która wcześniej kontrasygnuje decyzję w sprawie ułaskawienia.

W tym momencie Magyar, prywatnie były mąż Vargi, w wywiadach i wpisach w mediach społecznościowych zaczyna otwarcie krytykować sposób funkcjonowania systemu stworzonego przez Fidesz, którego przez lata był częścią. Zasiadał w radach nadzorczych spółek państwowych i pracował w instytucjach finansowych powiązanych z państwem. Jego nagłe wystąpienia przeciwko obozowi władzy szybko przyciągają uwagę obywateli. Magyar następnie publikuje nagranie rozmowy z Judit Vargą, zarejestrowane jeszcze w czasie ich małżeństwa. Była minister mówi na nim o naciskach ze strony ludzi powiązanych z władzą na prokuraturę w sprawie dotyczącej korupcji w kręgach rządowych. To wywołuje ogromne poruszenie w węgierskiej polityce i jeszcze bardziej zwiększa zainteresowanie 45-letnim dziś prawnikiem.

Przewodniczący TISZY Peter Magyar
Przewodniczący TISZY Peter Magyar
fot. i

Magyar zaczyna organizować w Budapeszcie wiece i demonstracje, na które przychodzą dziesiątki tysięcy ludzi. Jedna z manifestacji przyciąga tłumy liczone nawet w setkach tysięcy uczestników i jest największą w kraju od lat.

Kilka miesięcy później Magyar staje na czele partii TISZA, która w ostatnich wyborach do Parlamentu Europejskiego zdobywa ponad 29 proc. głosów. W ten sposób staje się drugą najsilniejszą siłą polityczną na Węgrzech.

"Fidesz w wersji soft"

Z badań opinii publicznej wynika, że partia, która prowadzi w wyścigu do okazałego gmachu nad Dunajem, gdzie ma siedzibę węgierski parlament, nie odbiera wyborców Fideszowi. Przede wszystkim przejmuje elektorat mniejszych ugrupowań opozycyjnych i mobilizuje obywateli, którzy wcześniej nie brali udziału w wyborach. Na dodatek część pozostałych ugrupowań opozycyjnych zdecydowała się nie startować w zbliżających się wyborach, aby uniknąć rozproszenia głosów i zwiększyć szanse na odsunięcie od władzy Orbana. To pierwsza taka sytuacja w historii nowoczesnego węgierskiego parlamentaryzmu. Sam Magyar przekonywał, że "głos na kogokolwiek innego to głos za utrzymaniem reżimu". W sondażach z początku marca jedyną partią poza TISZĄ i Fideszem przekraczającą 5-procentowy próg wyborczy jest skrajnie prawicowa Mi Hazank. Według pracowni Zavecz Research ugrupowanie to może liczyć na około 7 proc. poparcia.

- Magyar powtarza, że to mają być ani Węgry Orbana, ani Węgry premiera, który rządził przed nim, tylko nowe Węgry - mówi Andrzej Sadecki.

Na pewno nowe? - To nie będzie zerwanie z całością polityki Fideszu - przyznaje. Jak analizuje, "w TISZY można zobaczyć wiele elementów, które były bliskie partii rządzonej przez obecnego premiera, ale 10 czy nawet 20 lat temu. Magyar wyraźnie odcina się od kursu, z którego Fidesz zaczął słynąć w ostatnich latach, zwłaszcza od zwrotu na Wschód".

- Zwrócił się do wyborców Fideszu z przesłaniem, w którym powiedział, że rozumie, dlaczego głosują na tę partię i w jakie wartości wierzą, tylko że Fidesz te wartości zniszczył, a one trwają w nim - dodaje Dominik Hejj, autor książki "Węgry na nowo. Jak Viktor Orban zaprogramował narodową tożsamość". W audycji TOK FM "Dłuższa rozmowa" komentował, że w programach obu ugrupowań "w kwestiach fundamentalnych nie ma prawie żadnych różnic". Z tego powodu TISZĘ określa mianem "Fideszu w wersji soft".

- To wciąż narracja czysto prawicowa, ale dużo bardziej znośna dla części wyborców niezadeklarowanych. To nie tak, że ludzie przerzucili się z prawicy na lewicę - zauważał politolog. - Tej zmiany retorycznie nie muszą się bać, bo to nie przejście z konserwatyzmu na liberalizm. To przesunięcie o jeden stopień w stronę centrum, a nie radykalna zmiana ideologiczna - podkreślał Hejj.

Dla wyborców to "pojęcia abstrakcyjne"

Co więc faktycznie może się zmienić, jeżeli TISZA wygra i utworzy nowy rząd?

- Nie wiemy, na ile pełnię władzy by zdobyła, ponieważ Fidesz jest mocno zabetonowany w różnych instytucjach - wskazuje Sadecki. - Pierwszą rzeczą byłyby próby rozmontowania układu oligarchiczno-korupcyjnego. Kolejna kwestia to odnowa relacji z partnerami w UE i NATO - ocenia.

Jak mówi, "nie oznaczałoby to oczywiście, że Węgry nagle stałyby się państwem jastrzębim wobec Rosji czy jednoznacznie opowiadającym się za ściślejszą integracją europejską". - Ale na pewno byłyby państwem bardziej konstruktywnym, mniej chętnie stosującym weto i bardziej nastawionym na współpracę niż zwłaszcza w ostatnich latach rządów Orbana - twierdzi ekspert z OSW.

Według niego ostrożna zmiana mogłaby dotyczyć relacji z Ukrainą. - Magyar wypowiada się bardzo ostrożnie w tej sprawie widząc, jak silna jest narracja Fideszu i jak dominująca jest ona w związku z kontrolowaniem większości mediów przez tę partię - zauważa Sadecki. Jak dodaje, lider opozycji sprzeciwia się przyspieszonej integracji Ukrainy z Unią Europejską, co nie oznacza sprzeciwu wobec samej idei jej członkostwa.

- Więzi z Rosjanami, które są dziś bardzo głębokie, nie zostałyby zerwane z dnia na dzień. Jest kwestia elektrowni jądrowej, którą Węgry budują z Rosją, kwestia importu ropy i gazu - wylicza analityk. Jego zdaniem, choć Magyar zapowiada ograniczanie tej zależności, to byłby to długi proces i zapewne Węgry nie weszłyby do grupy państw najbardziej asertywnych wobec państwa rządzonego przez Władimira Putina.

W ocenie Sadeckiego jednym z największych wyzwań byłaby poprawa sytuacji gospodarczej. - Jedna z głównych obietnic Magyara to odblokowanie środków unijnych. Ich uzyskanie byłoby szansą na odbicie gospodarcze, ale minęłoby dużo czasu, zanim kraj wróciłby na ścieżkę wyraźnego wzrostu - zaznacza rozmówca tokfm.pl. Węgry mają zamrożone nie tylko środki z funduszy pocovidowych w ramach unijnego Funduszu Odbudowy, ale także część funduszy spójności. Komisja Europejska wstrzymała ich wypłatę w związku z zarzutami dotyczącymi naruszania zasad praworządności, niewystarczającej walki z korupcją i problemów z niezależnością sądownictwa. To miliardy euro, które Budapeszt może otrzymać dopiero po spełnieniu szeregu warunków uzgodnionych z Brukselą. 

Z perspektywy wielu Węgrów spory o praworządność czy relacje z Brukselą są jednak dość odległe od codziennych kłopotów. - Realnym problemem dla wyborców nie jest to, do jakiego stopnia rząd jest nieliberalny i jak bardzo odbiega od standardów demokratycznych, lecz codzienne funkcjonowanie państwa - mówi Dominik Hejj. - W Polsce burzono się, że na Węgrzech nikt nie wychodzi na ulice w obronie wymiaru sprawiedliwości. Tymczasem normy praworządności czy mechanizm warunkowości to dla przeciętnego wyborcy abstrakcyjne pojęcia - dodaje.

- Jeżeli w Polsce narzeka się na ochronę zdrowia, to Węgrzy marzą, żeby mieć taką jak w Polsce. W narracji TISZY dużo jest mowy o tym, że "Polska nam odjechała" - wskazuje politolog. Kampania Magyara koncentruje się również na takich tematach jak system edukacji czy inflacja i koszty życia. - Węgry wewnętrznie się zapadają. To państwo ekstremalnie drogie, między innymi z powodu 27-procentowego podatku VAT. Jest przesiąknięte propagandą, że paliwa są najtańsze, bo pochodzą z Rosji. Tymczasem przez wysokie podatki pośrednie okazuje się, że są droższe niż w Polsce, choć powinny być o kilkadziesiąt procent tańsze - dodaje.

Lider opozycyjnej partii od 2024 roku regularnie jeździ po Węgrzech wzdłuż i wszerz odwiedzając małe miejscowości. I stara się pokazywać problemy państwa w sposób bardzo bezpośredni. - Latem była taka akcja, że zbierał z ludźmi wentylatory i woził je do szpitali, żeby obniżyć temperaturę na oddziałach. To zrobiło kolosalne wrażenie - opowiada Hejj. Zwraca uwagę na sam fakt, że działaczom TISZY udało się wejść do placówek publicznych. - Szpital wojskowy czy MSW mają wejścia VIP dla polityków, a oni wchodzili normalnym wejściem, a potem przez VIP-owskie. Ten rozdźwięk między jednym a drugim obrazem był bardzo widoczny - mówi. Magyar odwiedzał także domy dziecka i pokazywał ich prawdziwy stan. - W pewnym momencie politycy Fideszu jeździli za nim i blokowali mu wejście - relacjonuje Hejj.

Ogromną rolę odegrali także sympatycy TISZY. - Mnóstwo zdjęć od nich zaczęło się przebijać do przestrzeni publicznej i ludzie zaczęli o tym rozmawiać, mimo że w oficjalnym przekazie wszystko jest wspaniale. Powstał wyraźny rozdźwięk między propagandą a codziennym doświadczeniem - podkreśla Hejj.

Orban straszy Ukrainą i prosi o pomoc Rosję

Fidesz w kampanii woli stawiać na sprawy międzynarodowe. Coraz częściej pojawia się w niej wątek Ukrainy, z którą Peter Magyar jest ściśle łączony. A właściwie bardziej z ukraińskim prezydentem Wołodymyrem Zełenskim.

Na niedawnej antyukraińskiej demonstracji przed ambasadą Ukrainy w Budapeszcie zwołanej przez ministra spraw zagranicznych Węgier Petera Szijjarto przekonywał on, że Ukraina próbuje ingerować w zbliżające się wybory parlamentarne, ponieważ "chce proukraińskiego rządu", jaki miałaby gwarantować TISZA. Wśród demonstrantów dominowały węgierskie flagi oraz transparenty przedstawiające Zełenskiego i Magyara. Na jednym z nich ukraiński prezydent trzymał dziecko z twarzą lidera węgierskiej opozycji z podpisem "Powiedz NIE ukraińskiej marionetce". Na innych Zełenskiego porównywano do Saddama Husajna, a Ukrainę do mafii.

W stolicy i innych miastach można zobaczyć też plakaty i billboardy, na których Zełenski i przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen są przedstawiani w jednym szeregu z Magyarem. Fidesz próbuje sugerować w ten sposób, że wygrana opozycji będzie oznaczała rządy tych trojga.

Po prawej billboard z napisem "Nie pozwól, by Zełenski śmiał się ostatni", po prawej billboard z napisem "Oni są zagrożeniem"
fot.

ATTILA KISBENEDEK/AFP/East News

Relacje między Budapesztem a Kijowem od dawna są napięte, a w ostatnich miesiącach jeszcze się pogorszyły. Po jednej z ostatnich decyzji Węgier o zablokowaniu unijnego wsparcia dla Ukrainy Szijjarto oskarżył Zełenskiego o groźby kierowane pod adresem Orbana. Według niego ukraiński prezydent miał stwierdzić, że "da adres tej osoby żołnierzom, żeby z nią porozmawiali po swojemu". Sam Orban ocenił, że "Zełenski nie groził jemu, ale całym Węgrom". Wypowiedź prezydenta Ukrainy spotkała się z krytyką także ze strony Komisji Europejskiej. Skrytykował ją również szef TISZY, który stwierdził, że takie słowa są nie do przyjęcia, choć jednocześnie podkreślał, że relacje między Budapesztem a Kijowem wymagają uspokojenia. W tle był problem tranzytu rosyjskiej ropy rurociągiem Przyjaźń na Węgry i do Słowacji przez terytorium Ukrainy. Pod koniec stycznia infrastruktura została uszkodzona podczas rosyjskiego ataku. Kijów zapewniał, że prowadzone są prace naprawcze, jednak w Budapeszcie pojawiły się oskarżenia, że Ukraina celowo opóźnia przywrócenie tranzytu. 

Najnowsza odsłoną napięć między Budapesztem a Kijowem to zatrzymanie na początku marca przez węgierskie służby dwóch pojazdów należących do ukraińskiego państwowego Oszczadbanku. Węgierskie władze tłumaczyły, że podejrzewały pasażerów o pranie brudnych pieniędzy. Siedmioro pracowników, którzy przewozili przez terytorium Węgier z Austrii do Ukrainy po kilkadziesiąt milionów dolarów i euro oraz dziewięć kilogramów złota, po jednym dniu zostało zwolnionych. Jak mówił prezes Narodowego Banku Ukrainy Andrij Pysznyj, gotówka i złoto zostały odprawione zgodnie z międzynarodowymi przepisami, a transport pieniędzy drogą lądową między bankami jest standardową praktyką w trakcie pełnoskalowej wojny. Zełenski oświadczył, że był to akt "bandytyzmu", a szef tamtejszego resortu dyplomacji Andrij Sybiha nazwał te działania "kampanią wyborczą na Węgrzech".

Redakcja poleca

To, że dochodzi do zagranicznej ingerencji w węgierską politykę to fakt. Ale ze strony Rosji, która ma aktywnie sprzyjać obozowi władzy. Udowadniają to niezależne media.

Dziennikarz śledczy Szabolcs Panyi, powołując się na ustalenia rosyjskiego portalu opozycyjnego The Insider oraz projektu Bot Blocker, poinformował, że w działania przed wyborami włączyła się powiązana z Kremlem sieć trolli Matrioszka. Według tych ustaleń w mediach społecznościowych prowadzona jest skoordynowana kampania dezinformacyjna, polegająca na rozpowszechnianiu powiązanych ze sobą narracji dotyczących Węgier i bieżących tematów tamtejszej debaty publicznej. Jej celem ma być wprowadzanie zamieszania w przestrzeni informacyjnej i manipulowanie opinią publiczną poprzez rozpowszechnianie mylących lub całkowicie fałszywych treści.

Panyi informował też na portalu VSquare, powołując się na europejskie źródła zajmujące się bezpieczeństwem, że Kreml miał powołać specjalny zespół "technologów politycznych", którego zadaniem byłoby wspieranie utrzymania u władzy obecnego premiera. Na jego czele ma stać Siergiej Kirijenko, pierwszy zastępca szefa administracji Władimira Putina. Według tych informacji Rosjanie mogliby zastosować na Węgrzech podobne metody jak wcześniej w Mołdawii, gdzie wykorzystywano m.in. farmy trolli, sieci agentów wpływu oraz mechanizmy kupowania głosów.

Plan ma zakładać ulokowanie w rosyjskiej ambasadzie w Budapeszcie kilku specjalistów od manipulacji w mediach społecznościowych, działających w imieniu rosyjskiego wywiadu wojskowego GRU i korzystających z paszportów dyplomatycznych lub służbowych. Informacje o możliwych działaniach Kremla - według dziennikarza - zostały przekazane partnerom na podstawie rozmów ze źródłami ze służb bezpieczeństwa w kilku krajach europejskich i mogą być już znane części instytucji UE oraz NATO.

- Zwycięstwo Orbana leży w interesie Putina - podkreśla Andrzej Sadecki z OSW. - Rosja będzie wzmacniać przekaz, że węgierski premier utrzymuje dobre relacje zarówno z Moskwą, jak i ze Stanami Zjednoczonymi, gdzie władzę objął Donald Trump. Będzie budować i utwierdzać przekonanie, że Orban jest gwarantem stabilnych relacji z Rosją, z czym mają się wiązać także korzyści energetyczne dla Węgier - mówi.

Jak dodaje przy tym ekspert, dla Orbana ważne jest również polityczne wsparcie z Waszyngtonu. - To pozwala mu pokazywać w kraju, że jego pozycja w świecie zachodnim nie jest tak odosobniona, jak twierdzą jego krytycy - wskazuje. Przejawem tego była lutowa wizyta sekretarza stanu USA Marco Rubio w Budapeszcie, podczas której wprost powiedział: "Prezydent Trump jest głęboko zaangażowany w twój sukces, ponieważ twój sukces jest naszym sukcesem".

- Ostatecznie okaże się, co bardziej przekona wyborców. Głosowanie "portfelem", w związku z sytuacją gospodarczą, co sprzyjałoby Peterowi Magyarowi, czy raczej głosowanie oparte na lęku przed wojną i wciągnięciem Węgier w konflikt - ocenia Sadecki.

Okazją do demonstracji siły rywalizujących obozów politycznych były tegoroczne obchody węgierskiego Święta Narodowego, upamiętniającego wybuch rewolucji z 1848 roku, czyli europejskiej fali powstań znanej jako Wiosna Ludów. W niedzielę 15 marca obaj konkurenci zorganizowali oddzielne wiece w Budapeszcie. Premier deklarował, że Budapeszt będzie nadal sprzeciwiał się "wojennym planom Brukseli" i po raz kolejny przekonywał, że wrogiem kraju jest Ukraina.

Natomiast lider TISZY określił to wydarzenie zwiastunem demokratycznego punktu zwrotnego, którego nadejścia oczekuje podczas wyborów. Węgierska Agencja Turystyczna (nadzorowana przez ministerstwo gospodarki narodowej) oszacowała liczbę uczestników Marszu Pokoju Orbana na około 180 tysięcy, a Marszu Narodowego zwolenników partii Magyara - na 150 tys. osób. On sam twierdzi, że według niezależnych ekspertów jego manifestacja przyciągnęła około pół miliona ludzi.

W marszu zorganizowanym przez Fidesz uczestniczył były wiceminister sprawiedliwości w rządzie PiS Marcin Romanowski, który otrzymał azyl polityczny od Orbana. Polska prokuratura zarzuca mu defraudację pieniędzy z Funduszu Sprawiedliwości na cele partyjne. Pojawił się też działacz środowisk nacjonalistycznych Robert Bąkiewicz, wobec którego również toczą się postępowania. Wśród polskiej delegacji nie było za to Zbigniewa Ziobry, który zbiegł na Węgry po Romanowskim i też znalazł tam schronienie. Ścigany listem gończym były szef resortu sprawiedliwości w związku z tym samym śledztwem regularnie jednak w mediach społecznościowych okazuje wsparcie Orbanowi i atakuje jego rywala.

Obaj politycy mają powody do obaw, Magyar zapowiedział bowiem, że jeśli jego partia wygra wybory i utworzy rząd, to procedura ekstradycyjna wobec nich zostanie uruchomiona pierwszego dnia sprawowania władzy.

Redakcja poleca

Wyborcy i Magyar chcą debaty

Viktor Orban i Peter Magyar starli się na marsze poparcia, ale czy dojdzie między nimi do bezpośredniej debaty przedwyborczej? Lider TISZY wielokrotnie wzywał do tego premiera, argumentując, że wyborcy powinni usłyszeć taką konfrontację programów obu obozów. Z sondażu Centrum Badań 21 przeprowadzonego na zlecenie organizacji pozarządowej aHang wynika, że chce tego 60 proc. społeczeństwa. Pracownia zwróciła uwagę, że aż 90 proc. wyborców TISZY poparło ideę publicznej dyskusji między głównymi kandydatami do objęcia urzędu premiera, podczas gdy przychylnej jest mu tylko 29 proc. wyborców Fideszu.

- Na razie Orban jednoznacznie odrzuca możliwość debaty, co wiąże się z narracją delegitymizującą Magyara. Mówi, że jeśli miałby naprzeciw siebie "węgierskiego" kandydata, to chętnie stanąłby do dyskusji, ale Magyar jest kandydatem "wysłanym z zagranicy" - podkreśla Andrzej Sadecki. Jego zdaniem gdyby jednak tuż przed wyborami Fidesz wyraźnie przegrywał w sondażach, "teoretycznie mogłoby to doprowadzić do zmiany stanowiska Orbana, który zobaczyłby w tym szansę, a nie tylko ryzyko".

Szef Fideszu nie brał udziału w bezpośredniej debacie przedwyborczej ze swoim konkurentem od niemal 20 lat. Jego ostatnia debata z przeciwnikiem miała miejsce przed wyborami parlamentarnymi w 2006 r., w których zmierzył się z ówczesnym premierem Ferencem Gyurcsanym. Wybory te przegrał.

Scenariusz "absolutnie ekstremalny"

Załóżmy, ze Viktor Orban, choć tym razem bez debaty, przegrywa kwietniowe wybory. Nie musi to oznaczać zmiany władzy na Węgrzech.

- Fidesz, przyjmując nową ustawę wyborczą w 2011 roku, dwa lata później kodeks wyborczy, a następnie wielokrotnie nowelizując przepisy, przygotowywał się na taki moment jak obecny. TISZA musi wygrać z Fideszem zdecydowanie wyraźniej niż odwrotnie, aby matematycznie przełożyło się to na korzystny dla niej wynik - tłumaczy Dominik Hejj.

Węgierski parlament liczy 199 posłów. Z tego 106 wybieranych jest w okręgach jednomandatowych i tu obowiązuje zasada "zwycięzca bierze wszystko". Nawet minimalna przewaga oznacza zdobycie całego mandatu. To sprawia, że kluczowe znaczenie ma nie tyle ogólnokrajowy wynik procentowy, ile to, kto i jaką przewagą wygrywa w poszczególnych okręgach. Pozostałe 93 mandaty pochodzą z list krajowych. Tu pojawia się dodatkowy element, który komplikuje system. Chodzi o mechanizm tzw. głosów kompensacyjnych. Do wyniku listowego doliczane są nie tylko "niewykorzystane" głosy przegranych kandydatów w okręgach jednomandatowych, ale także nadwyżkowe głosy zwycięzców. W praktyce oznacza to, że partia wygrywająca w terenie dostaje dodatkową premię również przy podziale mandatów z list. W efekcie system sprzyja partii dominującej. Ugrupowanie, które wygrywa w większości okręgów jednomandatowych, może zdobyć znaczną większość w parlamencie nawet przy stosunkowo niewielkiej przewadze w skali kraju.

Politolog zwraca uwagę na coś jeszcze. Pytanie, czy w przypadku porażki Orban rzeczywiście przekaże rządy opozycji.

- To jest znak zapytania. Wariant absolutnie ekstremalny, w którym Fidesz nie oddaje władzy i wprowadza stan wyjątkowy, jest formalnie możliwy - mówi Hejj. Jak wyjaśnia, w węgierskim systemie prawnym stan wyjątkowy może zostać wprowadzony w sytuacji zagrożenia bezpieczeństwa państwa, a pojęcie bezpieczeństwa obejmuje także wpływ na sytuację wewnętrzną kraju.

- Od miesięcy słyszymy narrację, że Ukraina wpływa na sytuację wewnętrzną Węgier, że TISZA jest tworem ukraińskich służb, a Kijów chce zmienić rząd w Budapeszcie. W ostatnim czasie ten przekaz bardzo się nasilił. Może to wyglądać jak przygotowywanie gruntu pod scenariusz skrajny, który wcale nie musi zostać uruchomiony, ale w kręgach władzy zapewne jest rozważany - ocenia ekspert.

Jak dodaje, teoretycznie obecny parlament mógłby po wyborach zebrać się i przegłosować wprowadzenie stanu wyjątkowego. - W takiej sytuacji Fidesz mógłby uzasadniać dalsze rządy zagrożeniem dla bezpieczeństwa państwa, na przykład rzekomą ingerencją z zagranicy. Parlament mógłby następnie przedłużać ten stan - tłumaczy. - Instytucje europejskie miałyby w tej sytuacji związane ręce, bo nikt nie odważyłby się wziąć odpowiedzialności i powiedzieć, że zagrożenia nie ma. Byłoby dużo protestów i reakcji politycznych, ale Fidesz mógłby trwać dalej - dodaje Hejj.

Z drugiej strony - wskazuje - Orban w trakcie konferencji prasowej z Marco Rubio zapewniał, że "niezależnie od rezultatu wyborów węgierska demokracja pozostanie silna". To nie była zwyczajna wypowiedź. - Pierwszy raz usłyszałem, żeby Orban oficjalnie, choć między słowami, przewidywał możliwość, że może przegrać. Pod tym względem te wybory są niezwykle ciekawe - zaznacza politolog. - Trudno jednak zakładać, że gdy 12 kwietnia wieczorem pojawią się exit poll, a następnego dnia oficjalne wyniki, premier po prostu wyjdzie z zamku (siedziba kancelarii premiera znajduje się na Wzgórzu Zamkowym w Budapeszcie - red.) razem z grupą ludzi, którzy w tym systemie funkcjonują od 16 lat - dodaje.

- Nie wiadomo, jak Fidesz zachowa się w przypadku utraty władzy - uważa również Andrzej Sadecki. - Jeśli przedstawiciele Fideszu przekonują, że Magyar jest politykiem przysłanym z zagranicy i reprezentuje interesy Brukseli czy Kijowa, można to odczytywać jako przygotowywanie gruntu pod ewentualne podważanie jego zwycięstwa - podkreśla.

Ekspert z Ośrodka Studiów Wschodnich przypomina przy tym sytuację z Rumunii. Tamtejszy sąd konstytucyjny unieważnił pierwszą turę wyborów prezydenckich po ujawnieniu ingerencji zewnętrznej, przede wszystkim rosyjskiej, w kampanię wyborczą. - Istnieje więc pewien precedens, na który Orban mógłby się powoływać. Byłoby to jednak naprawdę radykalne zagranie i wciąż nie wydaje mi się najbardziej prawdopodobnym scenariuszem, ale nie można go wkluczyć - podkreśla.

Źródło: tokfm.pl