Nielegalna eksmisja na znanym warszawskim osiedlu? Mamy odpowiedź policji
- Aktywiści alarmują o nielegalnej eksmisji na Osiedlu Przyjaźń na warszawskim Bemowie. Na miejsce miało przyjechać kilkudziesięciu funkcjonariuszy;
- Na jednym z nagrań wideo działacze udowadniają, że policja nie ma sądowego nakazu eksmisji, a funkcjonariusz mówi, że działa na polecenie ratusza;
- Zapytaliśmy stołeczną policję o podstawę prawną interwencji. Nadkom. Marta Sulowska przekazała nam, że chodziło o podejrzenie popełnienia przestępstwa naruszenia miru domowego;
- Była mieszkanka wysiedlonego domku w rozmowie z tokfm.pl przyznaje, że zajęli to miejsce samowolnie. Przekonuje jednak, że zarzuty o popełnienie przestępstwa są bezzasadne. Wspierają ich w tym prawnicy kolektywu Szpila, którzy wielokrotnie zabierali głos, że nie można naruszyć miru domowego pustostanu.
W czwartek doszło do interwencji policji na warszawskim Osiedlu Przyjaźń. Aktywiści alarmowali o nielegalnej eksmisji. Według nich kilkanaście osób zostało zmuszonych przez funkcjonariuszy do opuszczenia jednego z domków. Rozmawiamy z Anną (imię zmienione), która była w tej grupie. Dziewczyna przyznaje, że od ponad trzech miesięcy - wraz z innymi osobami - zamieszkiwała domek nr 47, do którego weszli funkcjonariusze.
Aktywiści skłotują znane warszawskie osiedle? 'Nie będziemy stać bezczynnie'
Kobieta nie wypiera się, że wprowadzili się do niego bez żadnego tytułu prawnego. - Jesteśmy grupą polityczną. Chcemy przeciwdziałać bezdomności w Warszawie. W ten sposób chcemy zwrócić uwagę, że nie ma woli politycznej, żeby rozwiązać kryzys mieszkaniowy w naszym mieście, gdzie jest wiele pustostanów - mówi.
I dodaje: - Dużo osób lubi nas przedstawiać jako żuli, ćpunów i nierobów. Ja mam pracę, jestem nauczycielką baletu i teatru. Jestem normalną, młodą osobą, której nie stać na wynajem mieszkania. Na kupno to nawet nie ma o czym gadać, pewnie nigdy mnie nie będzie stać. Mamy tego dosyć i postanowiliśmy, że nie będziemy stać bezczynnie, kiedy miasto odbiera nam przyszłość - wskazuje członkini kolektywu Przyjaźń.
Aktywistka zdaje sobie sprawę, że zajmowanie lokali "na dziko" budzi duże kontrowersje. - Wiemy, że to, co robimy, nie jest postrzegane jako coś pozytywnego. Tyle, że my się nie zgadzamy z jednym podstawowym założeniem - że mieszkanie powinno być produktem. Jesteśmy nieszczęśliwymi idealistami. Chcemy godnie żyć, chcemy mieszkań dla wszystkich - tłumaczy swoje stanowisko.
Zapewnia też, że kolektyw dbał o zajmowany, zabytkowy domek na Osiedlu Przyjaźń. - Odmalowałam ściany, wstawiłam meble po babci, miałam lustro i taki koszyczek ładny. Ogródek też zrobiłam. My się zajmujemy tym domkiem, żeby się nie rozpadał, wentylujemy, naprawiamy dziury w dachu. Ozonowaliśmy też go, bo był zagrzybiały. Chcemy zadbać o tę przestrzeń. Bo to jest nasz dom - podkreśla moja rozmówczyni.
Zarzucają ekipie Trzaskowskiego, że wyrzuca ludzi z domków. Pat wokół popularnego osiedla
Pytana o czwartkowe wydarzenia, wspomina, że wszystko zaczęło się około godziny 10, gdy przyszła do nich administracja osiedla. - Potem zadzwonili na policję i przyjechała jakaś absurdalna liczba funkcjonariuszy. Zamknęliśmy się w środku. Chcieliśmy rozmawiać z administracją, ale nie chcieliśmy otworzyć drzwi, bo się baliśmy - relacjonuje. - W końcu policja dostała się do domku, wyważyli drzwi i zaczęli nas spisywać. Pytaliśmy, jaki jest problem. Mówiliśmy, że chroni nas prawo lokatorskie, że składaliśmy wnioski o oczynszowanie, ale policja nie chciała z nami rozmawiać - mówi dalej Anna.
Co policja robiła na Osiedlu Przyjaźń?
O podstawę prawną interwencji zapytaliśmy stołeczną policję. "Policjanci podjęli interwencję w związku ze zgłoszeniem pracowników Skarbu Państwa. Interwencja była podjęta po standardowym zawiadomieniu o podejrzeniu popełnienia przestępstwa zgłoszonym na nr tel. 112. Działania policjantów polegały również na zapewnieniu bezpieczeństwa wszystkim osobom na miejscu" - poinformowała tokfm.pl nadkom. Marta Sulowska, oficer prasowy komendanta rejonowego policji Warszawa IV. Jak odpowiedziała, chodziło o przestępstwo naruszenia miru domowego.
Przestępstwo to jest opisane w art. 193 Kodeksu karnego. "Kto wdziera się do cudzego domu, mieszkania, lokalu, pomieszczenia albo ogrodzonego terenu albo wbrew żądaniu osoby uprawnionej miejsca takiego nie opuszcza, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku".
Policjantka zapewniła, że przebieg interwencji był spokojny. "Liczba interweniujących policjantów wynikała z liczby osób, wobec których interwencję podejmowano. Podczas interwencji nikt nie wymagał pomocy medycznej, osoby dobrowolnie opuściły teren posesji".
"W sprawie zostało przyjęte zawiadomienie o przestępstwie. Prowadzimy dalsze czynności" - podsumowała nadkom. Sulowska.
Awantura za awanturą na sesji Rady Warszawy. 'Porażka w wyborach niczego nie nauczyła?'
Anna zaprzecza, że opuściła domek z własnej woli. - Trudno mówić o dobrowolnym opuszczeniu domku kiedy przyjeżdża kilkudziesięciu policjantów, którzy mówią: "Macie opuścić dom i spakować swoje rzeczy". Ale muszę przyznać, że tym razem obeszło się bez rękoczynów - opowiada członkini kolektywu Przyjaźń.
Potwierdza, że osoby zamieszkujące domek dostały wezwanie na komisariat. - My to znamy. Były już sytuacje, że kogoś wyrzucano z domku i dostawał zarzuty o naruszenie miru domowego. Ale za każdym razem te zarzuty były potem umarzane - twierdzi. Podkreśla, że są one bezzasadne.
Wsparcie prawne aktywistom zapewnia kolektyw Szpila. Jego prawnicy wielokrotnie zajmowali stanowisko, że "prawnokarna ochrona miru domowego nie ma chronić prawa własności, a prywatne życie osób zamieszkujących i korzystających z danej przestrzeni". W ich opinii w przypadku niezamieszkiwanego wcześniej i niespełniającego innych funkcji pustostanu trudno mówić o naruszeniu miru domowego.
Nielegalna eksmisja na osiedlu Przyjaźń? Ratusz: To nie eksmisja
Aktywiści mówią o nielegalnych eksmisjach z domków na Osiedlu Przyjaźń. Twierdzą, że policja nie miała nakazu eksmisji, na miejscu nie było też komornika. "Już wielokrotnie zwracaliśmy uwagę, że miasto i policja nie trzyma się żadnego prawa w swoich procedurach. Tak samo było w ten czwartek" - podali w mediach społecznościowych. Na potwierdzenie tych słów udostępnili film, na którym policjant biorący udział w interwencji przyznaje, że nie widział nakazu eksmisji.
Inne stanowisko przestawił tokfm.pl warszawski ratusz. "<b>To nie jest eksmisja</b> - nie są prowadzone żadne eksmisje lokatorów lub mieszkańców osiedla" - napisała nam rzeczniczka prasowa Monika Beuth. Jak zapewniła, "po rozmowach osoby te same opuściły nielegalnie zajmowany lokal".
Czy po usunięciu z lokalu Anna i inne osoby miały gdzie pójść i gdzie zamieszkać? - Część tak, część nie. Niektórzy - gdyby nie to - byliby bezdomni. I nie są to pijacy. To są normalni ludzie. Każdy może być bezdomny - podsumowuje moja rozmówczyni.
Kościół siń uparł, ludzie muszą się wynieść. 'Nie będziemy organizować pomocy dla wszystkich'
Osiedle Przyjaźń na warszawskim Bemowie
Osiedle Przyjaźń znajduje się w rejonie ulic Górczewskiej i Konarskiego na warszawskim Bemowie. Powstało w 1952 roku dla pracowników zatrudnionych przy budowie Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. W szczytowym okresie budowy PKiN na osiedlu mieszkało 4,5 tys. osób. Przez pięć ostatnich lat teren dzierżawiła Akademia Pedagogiki Specjalnej (APS). Umowy najmu, które zawarła z lokatorami, skończyły się na początku maja zeszłego roku. Teren przejęło miasto reprezentujące Skarb Państwa. Osiedle zostało niedawno wpisane do rejestru zabytków.