"Nas się traktuje, jakbyśmy kręcili 'Słoneczny patrol', a my tu ratujemy życie". O tych, którzy ruszają na pomoc tonącym

Zazwyczaj toną w ciszy. Nie są w stanie - pomiędzy kolejnymi próbami złapania oddechu - wydać z siebie wołania o pomoc. Gdy już tracą świadomość, zaczyna się proces umierania. Chyba że ratownik w porę go przerwie. - Liczy się każda sekunda, więc by ich nie marnować, bez przerwy trenujemy akcje ratowania - mówi Rafał Sroka z sopockiego WOPR.
Zobacz wideo

Już ćwierć wieku wyciąga ludzi z wody, ale dalej pamięta "tego pierwszego". - To był wysportowany 24-latek, który leżał z dziewczyną na plaży. W pewnym momencie poszedł popływać, a ona została na brzegu, czytając książkę. Gdy po jakimś czasie podniosła wzrok, jego już nie było. Wpadła w panikę i nas zawiadomiła – mówi Rafał Sroka z sopockiego WOPR.

Ruszyła akcja poszukiwawcza. Ratownicy chwycili się za ręce i utworzyli "żywy łańcuch". W ten sposób, wchodząc do wody, przeczesywali obszar, na którym – jak podejrzewali – mogli znaleźć chłopaka. Czasem do "łańcucha" zapraszają plażowiczów, bo im on jest dłuższy, tym większy obszar zostaje przeszukany. Jednak tym razem nikt postronny w akcji nie uczestniczył. Wspierali ją za to ratownicy na motorówce - to oni wypatrzyli w wodzie chłopaka i przetransportowali go na brzeg.

- Nie reagował. Nie oddychał. Jego dziewczyna była studentką medycyny, więc jak tylko spojrzała mu w oczy, w te jego "zimne" źrenice, to już wiedziała. Musieliśmy ją uspokajać, bo wpadła w rozpacz – wspomina Rafał Sroka.

Ratownicy się jednak nie poddali. Reanimowali 24-latka dobrą godzinę. Potem przyjechała karetka i lekarz podał mu leki. - I nagle serducho wróciło! Przewieźli go do szpitala, a my się rozeszliśmy. Ale rozpaczy tej dziewczyny nie zapomnę nigdy. I tych jego oczu. Kiedyś, nim się jeszcze zahartowałem, te obrazy wracały do mnie przed snem - wyznaje.

Rafał Sroka nie zapomni tamtego chłopaka, bo był pierwszym topielcem w jego zawodowym życiu. Po miesiącu od wyciągnięcia z wody została u niego stwierdzona śmierć mózgu. Dziewczyna miała więc dobre przeczucie, gdy spojrzała w jego "zimne" źrenice.

Zamiast lansu, pięknych ciał i miłosnych problemów na służbie, jest harówa

W ubiegłym roku policja w swoich statystykach odnotowała 460 utonięć – w tym 48 kobiet. W 117 przypadkach ofiary przed śmiercią piły alkohol. Według wstępnych danych, od 1 czerwca do 14 lipca utonęło już 101 osób.

Aby ofiar było jak najmniej, Rafał Sroka każdego letniego poranka zwołuje swój zespół ratowników na zbiórkę. Wygląda to trochę jak w wojsku.

Godz. 8:15. - Sprawdzamy obecność. Nikogo nie może brakować, bo mamy do upilnowania 800 m nadbrzeża. Wieże stoją co 100 m, do każdej przypisanych jest trzech ratowników, więc na plaży pracują łącznie 24 osoby. Do tego załogi motorowodne, które wspierają nas od strony wody, np. gdy dochodzi do wypadków z udziałem żeglarzy. Dla nas priorytetem jest pilnowanie strzeżonego kąpieliska, ale złożyliśmy przyrzeczenie, że będziemy udzielać pomocy wszystkim poszkodowanym, więc mamy też oko na plaże niestrzeżone – tłumaczy.

Godz. 8:20. - Odprawa. Przekazujemy na niej ratownikom informacje o prognozach pogody, czyli na co muszą być przygotowani w danym dniu. Jak spodziewane są fale przypływowe, to chłopaki mają być gotowi na zamknięcie kąpielisk, bo wtedy robi się niebezpiecznie. Podobnie w upalne dni, kiedy woda stoi i mogą pojawić się sinice - kontynuuje Sroka.

Godz. 8:30. - Zaprawa poranna. Czyli gimnastyka, ćwiczenia sprawnościowe, bieganie i trenowanie wyciągania tonących z wody.

Godz. 9:00. - Czas na odświeżenie się po ćwiczeniach i pójście na stanowiska. Ratownicy muszą wziąć ze sobą koła ratunkowe, apteczki z opatrunkami, butle tlenowe, osprzęt do zamontowania na łodzi. I boje, które przyszły do nas z Zachodu.

Te boje wszyscy znają ze "Słonecznego patrolu", ale Rafał Sroka nie lubi, gdy wymienia się przy nim nazwę tego serialu. Mówi, że ratowników z WOPR-u traktuje się jak drużynę Dawida Hasselhoffa, a oni nie mają z nią nic wspólnego. Zamiast lansu, pięknych ciał i miłosnych problemów na służbie, jest harówa. W dodatku często monotonna, bo ile razy w ciągu dnia można prosić kogoś, żeby nie wchodził do wody, ponieważ jest za blisko molo albo jest pijany i to niebezpieczne. - Ratownicy GOPR-u i TOPR-u mają większe poważanie. Nas się traktuje, jakbyśmy kręcili serial pod publikę, a my tu ratujemy życie – wzdycha.

Godz. 9:30. - Rozpoczęcie dyżuru. Ratownicy sprawdzają, czy głębokość wody się nie zmieniła i czy na dnie nie ma niebezpiecznych przedmiotów po nocy, np. szkła, bo Sopot – zwłaszcza latem – to miasto imprez. Potem rozkładają sprzęt na stanowiskach. O tej porze jest jeszcze spokojnie, bo nie ma wielu plażowiczów. Chłopaki mogą więc zrobić kolejny trening pływacki - dodaje.

Godz. 11. - Plaża zaczyna się zaludniać. Przez najbliższe 6,5 godz. ratownicy siedzą w słońcu i skanują wzrokiem pas wody wzdłuż brzegu.

Większość ludzi tonie w ciszy

Czy można upilnować wszystkich w wodzie, w ogóle ogarnąć ich wzrokiem? - Wszystkich nie ma szans. Dlatego mówię swoim ratownikom, żeby starali się wychwycić "najsłabsze ogniwa", czyli starsze osoby, dzieci i tych, którym się wydaje, że świetnie pływają, a robią to słabo. Tacy lubią przeceniać swoje możliwości i wypływać za daleko. Trzeba ich obserwować zawczasu, żeby nie doszło do tragedii. Później może być za późno – mówi Rafał Sroka.

Jak dodaje, tonącego rzadko kiedy można usłyszeć, bo większość ludzi tonie w ciszy. Nie są w stanie pomiędzy kolejnymi próbami łapania oddechu wydać z siebie wołania o pomoc.

Tonięcia człowieka nie tak łatwo też zauważyć, bo zwykle trwa to zaledwie kilkadziesiąt sekund. Jednak dla niego samego to wieloetapowa męka. Pierwszym z nich jest rozpaczliwa walka o utrzymanie się na powierzchni wody. - Wtedy tonący bywa zagrożeniem dla ratownika. Może go uchwycić i wciągnąć pod wodę. Właśnie dlatego często się słyszy, że syn tonął, ojciec poszedł mu na pomoc i obaj stracili życie. Osoba młoda w ferworze walki o przerwanie generuje taką siłę, że może połamać żebra ratownikowi. Dlatego zawsze mamy ze sobą np. boję, by podać ją tonącemu i by ten mógł się uchwycić jej, a nie naszych ciał – wyjaśnia Sroka.

Drugi etap tonięcia to próby łapania powietrza. Przy wykonywaniu gwałtownych ruchów tonący ma zbyt mało czasu nad powierzchnią wody, by złapać wystarczający oddech. Dlatego schodzi pod wodę i tam – paradoksalnie idąc za swoim instynktem przetrwania – próbuje zaciągnąć do płuc powietrze. Woda zalewa mu drogi oddechowe, co jest dramatycznym uczuciem. - Śmierć przez utonięcie jest straszna, bo człowiek prawie do końca jest świadomy – zauważa ratownik.

Gdy już ofiara traci świadomość, zaczyna się proces umierania. Chyba że ratownik w porę go przerwie. - Zdajemy sobie sprawę, że liczy się każda sekunda, więc by ich nie marnować, bez przerwy trenujemy akcje ratowania. Ale żadna z nich nigdy nie wychodzi podręcznikowo. Każdą staramy się potem przeanalizować, przemyśleć, co można było zrobić lepiej. Ważne, żeby się nie obwiniać, gdy nie udało się uratować człowieka. Takie myśli trzeba jak najszybciej odciąć – twierdzi.

- Ile razy mi się nie udało? Jestem od 1997 roku w służbie, więc parę razy niestety to się zdarzyło. Ale nie chcę o tym mówić. W większości przypadków udało się pomóc. Nawet jeśli ktoś nie miał oznak życia, zaczynaliśmy resuscytację w oczekiwaniu na karetkę. Zazwyczaj ruszali albo jeszcze na piachu, albo już w drodze do szpitala – dodaje.

Gapie kręcą swój "Słoneczny patrol"

W czasie prowadzenia resuscytacji przez ratowników przybiegają bliscy poszkodowanych. Jedni wpadają w panikę i krzyczą, drudzy płaczą w ciszy, inni siadają z boku i zamykają się w sobie. Są też tacy, którzy reagują złością i chcą ją wyładować na ratownikach. - Kiedyś żona mężczyzny, którego reanimowaliśmy, wrzeszczała, że źle to robimy, i odciągała nas od niego. Później, zamiast być wdzięczna, że dzięki nam przeżył, podała nas do prokuratury. Sprawa rozeszła się po kościach, bo nie miała racji, ale niesmak został – wspomina ratownik.

Często podczas reanimacji topielca zbiegają się plażowicze. Włączają kamerki w telefonach i kręcą swój "Słoneczny patrol". - Jak wtedy utrudniają nam akcję ratowania życia, to ich przesuwamy, a jeśli nie, to nie zwracamy na nich uwagi i zajmujemy się swoją pracą – mówi Rafał Sroka.

Z obserwacji ratowników wynika, że często ludzie na plaży nie stosują się do norm, których pewnie przestrzegają na co dzień. Są na urlopie, w poczuciu anonimowości, w dodatku nieraz po alkoholu. Nie widzi ich sąsiad, szef ani ksiądz proboszcz. Mogą więc więcej, zasady nie obowiązują.

- Jeśli ogłaszamy zakaz kąpieli, to nie przez własne "widzimisię", tylko dlatego że są sinice albo niebezpieczne warunki do pływania. Ale zawsze są ludzie ponad zakazami. Gdy zwracamy uwagę, prosimy, ostrzegamy, to traktują nas, jakbyśmy to robili ze złośliwości albo coś sobie tym udowadniali. Czasem się wściekają i wybuchają. Albo ktoś nagle się urywa i postanawia udowodnić całemu światu, że może popłynąć w złych warunkach w głąb morza. A przecież my, zamiast zwracać im uwagę, wolelibyśmy zostać na wieży – przekonuje.

W weekendy, gdy w Sopocie jest dużo imprez, ratownicy mają sporo roboty z żartownisiami, często także po nocach. - Ktoś po alkoholu wchodzi do wody, koledzy tracą go z oczu, dzwonią, więc zaczynamy poszukiwania. I znajdujemy tego kogoś na brzegu. Chciał zrobić w konia nas albo swoich znajomych. Musimy do każdej takiej sytuacji wyjeżdżać, bo nigdy nie wiemy, która skończy się żartem, a która tragedią. Nieraz po nocach wyciągaliśmy z wody topielców - mówi.

"Trzeba się uodpornić"

Jedna z najbardziej koszmarnych sytuacji w karierze Rafała Sroki rozegrała się na molo w Sopocie w 2014 roku. - Dostaliśmy wiadomość, że jakiś mężczyzna po nim jeździ. Na początku myślałem, że motocyklem, dopiero później się okazało, że samochodem - opowiada.

Gdy z kolegami dotarł na miejsce, zobaczył chaos. Ludzie w panice rzucali się z molo do wody. Krzyczeli, jakby wybuchła bomba. Ranne zostały wtedy 22 osoby. Okazało się, że były to ofiary 32-latka, który hondą wjechał na Monciak i molo w Sopocie, po drodze rozjeżdżając z premedytacją spacerujących i siedzących przy stolikach ludzi.

- Podjechałem quadem z przyczepą, bo tylko nim dało się wjechać na molo - wozy strażackie i karetki się pozastawiały. Ratowałem m.in. ludzi, którzy w panice wskoczyli do wody, i woziłem ich do karetek. Później transportowałem resztę poszkodowanych. Zazwyczaj były to potrącenia. Cztery osoby były w ciężkim stanie. Jeden mężczyzna podczas transportu się zatrzymywał – wspomina Sroka.

Nie chce opowiedzieć, jak takie obrazy uśmierza w pamięci. Mówi tylko zdawkowo: - Trzeba się uodpornić, nie można za bardzo brać tego do siebie. Staram się nie wiązać emocjonalnie z osobami, którym pomagam. Czyli nie mogę myśleć, że to mógłby być ktoś z moich bliskich.

I zaraz dodaje: - Ratownik musi pamiętać, że dzięki niemu ileś osób cieszy się życiem. O tym, czy ktoś go nie stracił, czasem decyduje moment. Np. jeżeli dziecko wchodzi do wody, rodzic tego nie widzi, bo patrzy w telefon, a ratownik interweniuje, to chroni ich przed kłopotami. Czasem przed śmiercią, nigdy nie wiadomo.

I jeszcze: - Trudne momenty w naszej służbie rekompensuje świadomość, że się pomogło. Zazwyczaj poszkodowani dziękują. Ich wdzięczność w nas procentuje.

DOSTĘP PREMIUM