,
Obserwuj
Lubelskie

Wojna w Ukrainie. Ten dramatyczny widok wójt zapamięta na długo. "Otworzył drzwi, a tam kilkanaścioro dzieci"

5 min. czytania
24.02.2024 08:00
- O tym, że ryzyko wybuchu wojny jest bardzo duże, wiedzieliśmy kilka dni wcześniej. Mieliśmy sygnały, że wojna jest kwestią dni, potem godzin. Dlatego byliśmy w jakimś stopniu przygotowani, choć tak naprawdę na takie wydarzenie nie da się przygotować - mówi wójt gminy Dorohusk, dwa lata po wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie. Dorohusk od pierwszego dnia był na pierwszej linii pomagania.
|
|
fot. Łukasz Cynalewski / Agencja Wyborcza.pl

Wojciech Sawa przez lata był piłkarzem, grał w pierwszo- i drugoligowych klubach. Jako nastolatek wyjechał z domu - z małej miejscowości pod Dorohuskiem - do dużego miasta. Swoją przyszłość wiązał z piłką nożną, ale życie zweryfikowało marzenia. Ożenił się i wspólnie z żoną postanowili wrócić w rodzinne strony.

Zaczął uczyć w szkole w Dorohusku, był po Akademii Wychowania Fizycznego, więc został nauczycielem WF, a potem też dyrektorem szkoły. Gdy w 2008 roku doszło do skutecznego referendum w sprawie odwołania ówczesnej pani wójt, Wojciech Sawa - decyzją wojewody - został w gminie komisarzem. Potem sam wystartował w wyborach na wójta, wygrał. Jego przygoda z samorządem trwa już kilkanaście lat.


Fot. Anna Gmiterek-Zabłocka/ Radio TOK FM

Sawa przyznaje, że ostatni czas był wyjątkowo trudny: najpierw COVID-19, potem wojna w Ukrainie, która przed władzą lokalną stawiała szczególne wyzwania. Zwłaszcza w takim miejscu jak Dorohusk - tuż przy granicy.

Dwa lata wojny

24 lutego 2022 roku, gdy rozpoczęła się pełnoskalowa agresja Rosji na Ukrainę, Dorohusk znalazł się na pierwszej linii pomagania. Granicę polsko-ukraińską przekraczały tu tysiące osób. Od razu - wspólnie ze służbami wojewody - w XVIII-wiecznym Pałacu Suchodolskich zorganizowano punkt recepcyjny z łóżkami, ciepłymi posiłkami, kawą czy herbatą do picia.

- O tym, że ryzyko wybuchu tej wojny jest bardzo duże, wiedzieliśmy kilka dni wcześniej. Mieliśmy sygnały, że wojna jest kwestią dni, potem godzin. Dlatego byliśmy w jakimś stopniu przygotowani, choć tak naprawdę na bieżąco wszystkiego się uczyliśmy. Muszę podkreślić, że miałem wielkie wsparcie żony, która też została wolontariuszką - wspomina Wojciech Sawa.

- W tych pierwszych dniach łza się w oku zakręciła wielokrotnie, ale nie mogłem dać tego po sobie poznać. Trzeba było stanąć na wysokości zadania, by sensownie zorganizować wsparcie dla tysięcy osób - opowiada. Wspomina, że stresu i emocji nie brakowało. - Tam było wtedy tak bardzo dużo dzieci, niektóre płakały, serce pękało. Do końca będę pamiętał taki blaszany bus, którym u nas wozi się warzywa czy owoce. Podjechał, kierowca otworzył tylne drzwi, a tam zobaczyłem dzieci, śpiące jedno na drugim. Chyba kilkanaścioro ich było. To naprawdę był taki widok, który utkwił we mnie na długi czas - przyznaje nasz rozmówca.

W tym miasteczku dalej działają na pełnych obrotach. 'Żeby załatwić 40 autokarów, musiałam wystąpić w kościele'

Jak podkreśla, tempo pracy w tych dniach było zawrotne. Zdarzało się, że musiał być w kilku miejscach jednocześnie. Ciągle trzeba było załatwić coś na już. - Taka praca. Nie zastanawiałem się. Robiłem to, co trzeba w danej chwili, oczywiście z pomocą urzędników, ale też mieszkańców, którzy bardzo mnie wspierali - opowiada. Wspomina o gotowaniu posiłków przez koła gospodyń wiejskich albo o mobilizacji mieszkańców Dorohuska i okolic, którzy zabierali uchodźców pod swój dach. - Mieszkańcy mojej gminy są super. Nie mogę powiedzieć złego słowa. Na każdym kroku i wtedy, i dziś naprawdę widać współpracę. Bez względu na poglądy po prostu umiemy się dogadać - mówi dumnie.

Przez punkt recepcyjny w Dorohusku przewinęły się tysiące osób. To był jeden z ośmiu punktów recepcyjnych dla uchodźców, które powstały wtedy na Lubelszczyźnie. Było to miejsce z łóżkami polowymi i kuchnią. Działało całodobowo. Na miejscu można było skorzystać z pomocy medycznej czy psychologicznej, byli też tłumacze języka ukraińskiego. Cudzoziemcy przyjeżdżali tu sami - jeśli poruszali się własnym autem - albo byli dowożeni busami wprost z granicy. Pomagała w tym aktywnie m.in. miejscowa straż pożarna.

Dwa lata wojny. Zostawili cały majątek

Na miejscu pojawiały się bardzo różne rodziny. - Jedziemy do mojej mamy, która pracuje w Polsce - mówił nam 24 lutego 2022 roku Wasyl, który uciekł z Ukrainy wraz z dwójką przyjaciół. - Wzięliśmy to, co mieliśmy pod ręką. Chcemy pokoju, nie wojny - opowiadał mieszkaniec Łucka.

Zza Łucka przyjechała do Dorohuska też pani Anna, razem z dwójką małych dzieci. Mąż czekał na miejscu - pojechali dalej, do przyjaciół w Niemczech. Zostawiła w Ukrainie dom, pracę, samochody, cały majątek. - Nie wiem, na ile wyjechaliśmy i czy kiedyś wrócimy - przyznawała przez łzy. W pierwszym dniu pełnoskalowej wojny spotkaliśmy w Dorohusku również ośmioosobową rodzinę z piątką małych dzieci. Jechali z Kijowa do znajomych w Rydze. Przez Polskę, bo wtedy innej drogi nie było.

Z punktu recepcyjnego ukraińskie rodziny były przewożone dalej, do tzw. miejsca zbiorowego zakwaterowania. Chodziło o przygotowane przez poszczególne samorządy miejsca w bursach, salach gimnastycznych w szkołach, hotelach, akademikach czy internatach.

Uciekają tu z dalekiej Ukrainy. 'Przeżywam z nimi to, o czym kiedyś czytałem w książkach'

Dwa lata wojny. O Dorohusku znów jest głośno

Wojna w Ukrainie trwa dwa lata, a Dorohusk znów jest na pierwszych stronach gazet. Tym razem, z uwagi na protesty rolników na granicy. W niedzielę (18 lutego) przyjechało tu ponad 1500 rolników z całej Polski, by sprzeciwić się m.in. napływowi towarów zza wschodniej granicy. - Protesty mamy od ponad roku. Ja identyfikuję się z postulatami rolników, są słuszne. Mam nadzieję, że doprowadzą do rozwiązania tych wszystkich problemów, o które oni walczą - mówi Wojciech Sawa. Jak dodaje, obecnie odbywa się już osiemnasty zgłoszony w Urzędzie Gminy w Dorohusku protest.

Zaznacza, że odwiedza protestujących rolników. - Nawet koła gospodyń wiejskich przy tym największym proteście ugotowały posiłek. A my - jako urzędnicy - dbamy m.in. o toalety, które tam zapewniamy. Jak trzeba, to dowozimy kawę czy herbatę, niejednokrotnie we współpracy z urzędem wojewódzkim - tłumaczy gość TOK FM.

28-letni Jakub na protest rolników jechał przez pół Polski. 'To nasze być albo nie być'

Pytany, czego nauczyły go dwa ostatnie lata, odpowiada, że przede wszystkim tego, że "życie jest nieprzewidywalne". Dlatego teraz - startując ponownie w wyborach na wójta - nie zastanawia się nad tym, co przyniosą kolejne lata. Jak mówi, urzędnicy z Dorohuska już doskonale znają zasady zarządzania kryzysowego. Wiedzą, jak reagować w najtrudniejszych sytuacjach i jak się organizować, by nie było chaosu. - Ale nauczyłem się też wytrwałości i odwagi. Na co dzień jestem osobą optymistycznie nastawioną, zawsze powtarzam: 'Życie jest krótkie, dlatego go sobie nie utrudniajmy'. I to mi na pewno bardzo pomogło, wtedy w pierwszych dniach po 24 lutego 2022 roku - podsumowuje wójt gminy Dorohusk.