Wojna w Ukrainie. Gdy słyszy te słowa, myśli o jednym. "Nawet nie wiecie, jak bardzo chce wrócić"
Pani Olena pochodzi z Bachmutu. Jest wdową, sama wychowuje dwoje dzieci. Dzień przed wybuchem pełnoskalowej wojny w Ukrainie - 23 lutego 2022 roku - rozpoczęła nową pracę, na stacji paliw. Dlatego, gdy zaczęły się pierwsze naloty, zdecydowała, że nie może wyjechać, bo straci zatrudnienie.
- Obok naszego domu stacjonowało wojsko. Przez okno widzieliśmy dym, słyszeliśmy głośne wybuchy. To była piąta rano. Moje dzieci powyskakiwały z łóżek. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje. To było straszne - wspomina poranek 24 lutego 2022 roku. - Starszy syn miał wtedy 15 lat, młodszy 11. Zdecydowaliśmy, że moja mama z synami i siostra ze swoimi córkami wyjadą szybciej, jednym z pierwszych pociągów ewakuacyjnych. Ja miałam dotrzeć po załatwieniu spraw związanych z pracą - opowiada.
Olena dotarła do Lublina 8 kwietnia. W Bachmucie jeszcze przez długi czas pozostawał jej ojciec. Nie mógł wyjechać, bo miał 59 lat, a z Ukrainy wypuszczano wyłącznie mężczyzn po sześćdziesiątce. - Były momenty, gdy tato musiał mieszkać w piwnicy. Wiele dni nie mieliśmy z nim kontaktu. Nie wiedzieliśmy, czy żyje - opowiada. Mężczyzna dołączył do rodziny w sierpniu 2023 roku. Wyjechał, jak tylko skończył 60 lat. - 2 sierpnia miał urodziny, a już 5 sierpnia był w Polsce. To był najbardziej wzruszający, najprzyjemniejszy moment w moim życiu. Spotkaliśmy się tutaj, na dworcu i od tego momentu jesteśmy razem - dodaje nasza rozmówczyni.
Wojna w Ukrainie. Dom uchodźcy
Olena - podobnie jak kilkadziesiąt innych mam z dziećmi (w sumie 87 osób) - mieszka w Domu Uchodźcy w Lublinie. Trafiła tam po tym, jak musiała opuścić mieszkanie u polskiej rodziny. Dom Uchodźcy mieści się przy ul. Lubartowskiej, w dawnym Instytucie Stomatologii. Budynek stał pusty - Uniwersytet Medyczny przekazał go w użytkowanie Fundacji Leny Grochowskiej, właśnie dla uchodźców z Ukrainy.
Koordynatorką domu została Marta Brożyna, która przez kilkanaście lat była funkcjonariuszką Służby Więziennej, w tym rzeczniczką prasową Aresztu Śledczego w Lublinie. - Dostałam taką propozycję i się zgodziłam. Początkowo w ciągu dnia pracowałam w areszcie, a wieczorami i w weekendy tutaj. Ostatecznie jednak odeszłam ze służby - mówi pani Marta.
W Domu Uchodźcy od początku jest regulamin. Został stworzony m.in. po to, by nie dochodziło do kłótni czy nieporozumień między rodzinami. Nie ma mowy o alkoholu ani innych używkach. Wszyscy mieszkańcy wspólnie troszczą się o czystość - nie tylko w pokojach, ale też na klatce schodowej, w małym ogródku i przed budynkiem. - Każdy, kto chce u nas zamieszkać, podpisuje się pod ustalonymi zasadami. Mamy miejsca noclegowe w pokojach, natomiast pozostała część jest wspólna, czyli kuchnia, stołówka, toalety i łazienki - mówi koordynatorka. - Jeśli chodzi o przygotowanie posiłków, zabezpieczamy produkty spożywcze, a mieszkańcy sami sobie gotują. Mają w kuchni cały niezbędny do tego sprzęt - dodaje.
- Co gotujemy? Naleśniki, ukraińskie serniki, barszcz ukraiński, czasami spaghetti czy pizzę. To, co lubią dzieci - opowiadają mamy. - Często, jak któraś z mam nie ma pomysłu na obiad danego dnia, wystarczy, że zajrzy do kuchni i już wie, co dziś może być w menu - śmieje się Olena.
Wojna w Ukrainie. "Dziewczynka obok straciła nogi"
Nasza rozmówczyni znalazła pracę w szwalni, szyje torebki. Jest zadowolona, nie narzeka, pracuje od godz. 7 do 15. Jak mówi, o wojnie - mimo tych dwóch lat, które minęły - nie da się zapomnieć. - Pamiętam jak wyjeżdżałam z Krematorska. Czekałam na pociąg ewakuacyjny do Polski. To był jeden z pierwszych razów, gdy Rosjanie uderzyli w duże skupisko ludzi, na peronie kolejowym i wokół niego.
Dziewczynka obok mnie straciła obie nogi, ktoś miał całe zakrwawione oko, ktoś inny ręce. To było straszne. Dzięki Bogu mi nic się nie stało, dlatego że stałam kilka kroków dalej
- opowiada. - Nie da się tego zapomnieć - mówi przez łzy. Cieszy się, że jej synowie byli już wtedy w Polsce, niczego nie widzieli, bo do niej te obrazy stale wracają.
Olena podkreśla, że w Lublinie spotkała się niemal wyłącznie z życzliwością, serdecznością i ogromnym wsparciem. - Jestem za wszystko ogromnie wdzięczna. Gdy tutaj jechałam, nie wiedziałam prawie nic o Polsce, nie znałam języka, strasznie się bałam. Do dziś, jak przelatuje samolot, jest jakiś fajerwerk albo pada deszcz czy grad, jest mi ciężko oddychać. Choć teraz już się trochę przyzwyczaiłam, czuję się tu bezpiecznie i pewnie - opowiada.
Po Buczy myślał, że nie zobaczy już niczego potworniejszego. 'Tylko mi się wydawało'
Przyznaje jednak, że są i nieprzyjemne sytuacja. Czasami, gdy mówi na ulicy po ukraińsku, słyszy, że powinna wracać, skąd przyjechała, na Ukrainę. - I wtedy myślę: "nawet nie wiecie, jak bardzo bym chciała wrócić". Tęsknię za moim krajem, za Bachmutem, za kawiarnią, w której czasami siadałam, by wypić najlepszą w mieście kawę. Wiem, że tu też mogłabym pójść do kawiarni, ale to zupełnie nie to samo. Ci, którzy bezpośrednio nie doświadczyli wojny, nie są w stanie tego zrozumieć - dodaje nasza rozmówczyni.
Wojna w Ukrainie. Ucieczka za ucieczką
Dom Uchodźcy prowadzi Fundacja Leny Grochowskiej. Pisaliśmy o niej na naszym portalu, gdy Lena i Władysław Grochowscy otrzymali humanitarnego Nobla, bo tak nazywana jest Nagroda Nansena. Fundacja dostała ją właśnie za pomoc uchodźcom i uchodźczyniom z Ukrainy, w tym za stworzenie Domów Uchodźcy (powstały nie tylko w Lublinie, ale też m.in. w Warszawie czy Siedlcach). Na miejscu zapewnia się Ukrainkom i Ukraińcom nie tylko noclegi i wyżywienie, ale też szereg zajęć, pomoc prawną, doradztwo zawodowe. Do tego rehabilitację czy zajęcia plastyczne dla dzieci. Koordynatorzy domów pomagają uchodźcom w dotarciu do lekarza czy w kontakcie z psychologiem.
Gdy odeszli Rosjanie, to pojawili się oni. Ta wojna może trwać jeszcze długo
W lubelskim Domu Uchodźcy mieszka też Alina, razem z trójką dzieci. Urodziła się w Mariupolu i tam mieszkała do 2014 roku, czyli do pierwszej napaści Rosji na Ukrainę, w Donbasie. - Wtedy wyjechaliśmy do miasta Równe i tam rozpoczęliśmy nasze życie. Gdy 24 lutego 2022 roku wybuchła wojna na pełną skalę, na początku marca uciekliśmy do Polski - opowiada. Jej najstarszy syn ma dziś 17 lat i rozpoczął studia na Politechnice Lubelskiej, córka ma 15 lat, a najmłodszy chłopczyk - 12.
Pani Alina nie kryje, że - jeszcze będąc w Równem - bardzo się bała. - Często były naloty powietrzne, wybuchy, alarmy. Musiałam chodzić do pracy, a dzieci siedziały same w domu, szkoła nie działała. Cały świat im się zawalił. Wcześniej uprawiały sport, teraz nie mogły wychodzić z domu. Ciągle pytały, co z nami będzie, płakały. Kierownik w firmie, w której pracowałam, zaproponował, że jeśli chcę jechać do Polski, to on opłaci nam bilety na autobus. Nigdy nie myślałam, że będę musiała wyjeżdżać do innego kraju - dodaje, wciąż pełna emocji.
Pamięta, że jadąc - miała w sobie wiele lęku o siebie i o dzieci. - Ale wiedziałam, że je muszę ratować. Poza tym na miejscu okazało się, że kiedy przyjechaliśmy do Polski, spotkaliśmy się z morzem życzliwości i pomocy. Zawsze będę za to wdzięczna Polsce i Polakom - mówi TOK FM.
Nasza rozmówczyni stara się mówić po polsku, choć jeszcze różnie jej to wychodzi. - Moje dzieci mówią zdecydowanie lepiej ode mnie, często mnie poprawiają. Śmieją się ze mnie, jak się pomylę - mówi Alina. Jej rodzice wciąż pozostają w Mariupolu, mieście pod rosyjską okupacją. - Nie chcę i nie mogę o tym mówić - dodaje. Chodzi o bezpieczeństwo bliskich.
Alina mieszka w Domu Uchodźcy i wierzy, że będzie tu mogła mieszkać z dziećmi jak najdłużej. Nie wie, co będzie jak Polska - zgodnie z zapowiedziami - zmieni zasady pomocy dla uchodźców od połowy roku. Na razie na co dzień pracuje - zajmuje się tym, czym zajmowała się w swoim kraju, czyli szyje suknie ślubne. - Na szczęście nie było mi trudno znaleźć pracę - mówi. Czy chce wrócić? - Oczywiście, że tak. Bardzo bym chciała. Ale na razie to niemożliwe. I nawet nie myślę, kiedy to będzie możliwe. Żyję, jak wszyscy w tym Domu Uchodźcy, z dnia na dzień. By nie wybiegać w przyszłość - podsumowuje Alina.
Oto kulisy życia w bazie F-16. Gdy pilot usłyszy to słowo, w Polsce zacznie się wojna