Warszawskie targowisko stało się piekłem na ziemi. "Taka sukienka to pewna śmierć"
"Żołdak złapał Hanię za policzki i zmusił, by na niego spojrzała. - Krasiwaja diewoczka… Krasiwaja diewoczka… - powtarzał, podczas gdy drugą ręką próbował znaleźć piersi dziewczynki. Hania cała drżała, mocno oparta plecami o matkę. - No u niejo niet sisek! - stwierdził w końcu sołdat, wyraźnie zawiedziony. Puścił Hanię i skierował uwagę na Barbarę. Oczy zaświeciły mu się chciwością, gdy spostrzegł, że jeszcze nikt nie zabrał jej obrączki". Publikujemy fragment książki Anny Augustyniak pt. "Zieleniak".
Poniższy fragment pochodzi z książki autorstwa Anny Augustyniak pt. "Zieleniak", która ukazała się 2 kwietnia 2026 roku nakładem wydawnictwa Marginesy.
(...) Pod ścianami domów siedziały watahy pijanych żołnierzy. Jedni śpiewali, inni zabawiali się strzelaniem w pędzonych ludzi. Ogień z palonych kamienic rozprzestrzeniał się szybko, nawet korony okolicznych drzew już płonęły. W powietrzu unosiły się strzępy firan i pierze z rozdartych bagnetami kołder powyrzucanych przez okna na bruk. Pożoga ogarniała całą ulicę.
Alicja rozglądała się za Czosnowskimi, lecz straciła ich z oczu. Szła pod rękę z panem Konstantym Starszym, a raczej ciągnęła go, całą swoją siłą zmuszając do życia. Była wstrząśnięta jego rozpaczą, nigdy czegoś takiego nie widziała. Gdy żołnierz wyrwał mężczyźnie Filusia i kazał dołączyć do formującego się szeregu, ten ukląkł przed nim i wzniósł ręce w żebraczym geście. Żołdak cofnął się, ściskając psa pod pachą, zaraz jednak podniósł karabin i zdzielił kolbą Konstantego w głowę. Twarz staruszka natychmiast pokryła się strugami krwi.
- Błagam - zacharczał - nie zabieraj mi go, to całe moje życie, to…
Śmiech pijanych żołnierzy zagłuszył skomlenie Filusia i proszalne słowa pana Konstantego. Gdyby nie szybka reakcja Alicji, która podbiegła do mężczyzny i zaczęła wlec go po bruku, byle dalej od rechotu żołdaków, byle dalej od ich pistoletów, byle dalej… byłoby już po nim. W ostatniej chwili wyciągnęła go też spod końskich kopyt, kiedy grupa żołnierzy na rozpędzonych wierzchowcach wjechała w tłum, tratując kogo popadnie. Żołdacy zamiast siodeł mieli pod sobą różowe poduszki. Ale nikomu nie było do śmiechu na ten widok, ruscy poganiali i trzeba było iść przed siebie, przeskakując zabitych i rannych. Z uszkodzonych rur wodociągowych rynsztokami płynęła woda, rozlewając się na boki, i Alicja nawet pomyślała o obmyciu pana Konstantego z krwi… Na myśleniu się jednak skończyło, bo naraz cały tłum musiał się zatrzymać, gdyż przód pochodu znalazł się przed bramą Zieleniaka. Tu znów rozpoczęły się rewizje, może jeszcze ktoś ma pierścionki albo schowany w kieszeni zegarek…
- Zołoto, zołoto, nu, dawaj zołoto - słychać było nawoływania pijanych żołnierzy.
Co chwila padały strzały i kolejne martwe ciała były rzucane na pobliski skwer.
"Jak worki z ziemią", pomyślała Alicja. Tylko akurat tu nie było ziemi, w której można by pochować zwłoki. Nie było czym przysypać zabitych.
Zapragnęła, żeby jak najszybciej znaleźli się w środku, za ceglanym murem i progiem usypanym z kluczy, które wyrzucali ludzie wpędzani na targ. Nagle poczuła szarpnięcie. Jakiś żołnierz złapał ją za rękę. Nie wyglądał tak strasznie jak skośnoocy Kałmucy. Przypominał raczej wyrośniętego polskiego chłopa z Kresów. Wskazał palcem na jej pierścionek. Alicja zawahała się, ale kątem oka zobaczyła, jak inny Kałmuk zdziera jakiejś kobiecie biżuterię z szyi i bez zastanowienia odcina palec razem z pierścionkiem. Rozległ się przeraźliwy krzyk.
Do Barbary idącej zaraz za Alicją też podbiegł żołnierz. - Idi siuda.
Zdrętwiała, ale zbliżyła się do niego, wahając się, czy nie puścić ręki Hani. Bała się jednak, że straci ją z oczu i dziewczynka zgubi się w tłumie. Podeszły więc do sołdata razem. Żołdak złapał Hanię za policzki i zmusił, by na niego spojrzała.
- Krasiwaja diewoczka… Krasiwaja diewoczka… - powtarzał, podczas gdy drugą ręką próbował znaleźć piersi dziewczynki.
Hania cała drżała, mocno oparta plecami o matkę. - No u niejo niet sisek! - stwierdził w końcu sołdat, wyraźnie zawiedziony.
Puścił Hanię i skierował uwagę na Barbarę. Oczy zaświeciły mu się chciwością, gdy spostrzegł, że jeszcze nikt nie zabrał jej obrączki. Natychmiast spróbował ją ściągnąć.
- Nu, dawaj! - polecił, gdy mu się to nie udało.
Barbara posłusznie zdjęła obrączkę i podała ją Rosjaninowi. Żołnierz schował zdobycz do kieszeni i zaczął obmacywać kobietę. Pewnie szukał ukrytych klejnotów albo nie wiadomo czego tam jeszcze. Najwyraźniej nie zmartwił się, że nic nie znalazł. Uśmiechnął się tylko sprośnie, wkładając Barbarze rękę pod sukienkę wprost do majtek. Nie zaprotestowała ani się nie broniła, gdy jego brudne paluchy wciskały się między jej uda, podczas gdy druga dłoń boleśnie miętosiła piersi. Wionął od niego odór wódki, pomieszany ze smrodem dawno niemytego ciała. Kobieta zamknęła oczy i modliła się w duchu: Z Synem swoim nas pojednaj, Synowi swojemu nas polecaj, swojemu Synowi nas oddawaj.
Jej uległość najwyraźniej nie spodobała się żołdakowi. Ruchy jego palców stawały się coraz słabsze. W końcu odsunął się o pół kroku i otwartą dłonią z całej siły uderzył ją w twarz. Upadła na ziemię, pociągając za sobą Hanię.
- Idi na c**j, blad΄! - warknął Rosjanin.
Henryk, który stał tuż obok i bezradnie przyglądał się całej scenie, podszedł do żony i podał jej rękę. Podniosła się spiesznie, dziękując Bogu, że tylko na tym się skończyło. Jej wiara jeszcze bardziej się wzmocniła. Nabrała przekonania, że nic strasznego im się nie stanie. Uratują się.
Całą trójką weszli na teren Zieleniaka. W środku panowały gwar i smród, potęgowany przez narastający upał. Ludzie siedzieli zwartymi grupami po kilkanaście lub kilkadziesiąt osób. Z trudem można było się między nimi przecisnąć. Barbara rozejrzała się, szukając jakiegoś dobrego miejsca dla nich, ale nie było żadnej różnicy, wszędzie to samo i tak samo, goły bruk i kłębiąca się masa ludzka.
Quiz: Trudny quiz o wydarzeniach mijającego tygodnia. Sprawdź, czy śledzisz newsy uważnie!
Ukończ quiz i odbierz nagrodę do -40% na TOK FM Premium!
Zniżka zależy od uzyskanego wyniku.
Promocje nie łączą się.
Raptem dostrzegła jakiś większy prześwit w tłumie, więc ruszyła w tamtą stronę. Ciągnęła za rękę Hanię, za nimi podążał Henryk. Kiedy doszli do brzegu tego, co zdawało się kawałkiem pustej przestrzeni, zobaczyła, że na ziemi leżą deski, na których przykucnęło kilka wypróżniających się osób. Wokół gruba warstwa fekaliów szczelnie przykrywała bruk.
Cofnęli się ze wstrętem. Odeszli spory kawałek od tego miejsca i w końcu przycupnęli obok dwóch milczących kobiet, które siedziały na chodniku, wtulone w siebie. Widać było, że musiało je spotkać coś strasznego. Starsza patrzyła przed siebie błędnym wzrokiem i w milczeniu gładziła włosy młodszej. Zdawało się, że nie ma kontaktu z rzeczywistością, ale w pewnym momencie dostrzegła Hanię.
- Po co taka sukienka? - Z trudem wydobyła głos, bardziej jęczała, niż mówiła. - Po co taka sukienka? - powtórzyła. - Przecież to pewna śmierć…
Barbara wzdrygnęła się. "To chyba jakaś wariatka - pomyślała. - Jeszcze tylko tego nam było trzeba…" Podniosła się i skinęła na Henryka z Hanią, przenieśli się kilka metrów dalej.
Zaschło jej w ustach i strasznie chciało się pić. Słońce nadal paliło niemiłosiernie, a przecież nie mieli okazji wypić nawet łyka wody, od kiedy wyszli z piwnicy.
- Mamusiu, pić… - słabym głosikiem poprosiła Hania, jakby czytając w jej myślach.
- Przepraszam, gdzie tu jest woda? - Barbara zagadnęła jakąś dziewczynę. Pomyślała, że powinny nie tylko się napić, lecz także przemyć twarze, żeby choć trochę się schłodzić.
- Woda? - zdziwiła się tamta. - Tu nie ma żadnej wody - westchnęła głośno.
- Jak to?
- Trzeba iść tam… - Wskazała w stronę wejścia na plac. - W budynku zaraz za bramą podobno jest pompa, z której można zaczerpnąć trochę wody. Tam... strzelają i można już nie wrócić - dodała zobojętniałym głosem.
Barbara popatrzyła we wskazanym kierunku. Przy bramie kręcili się żołnierze, słychać było krzyki i co jakiś czas rzeczywiście padały strzały. Ale nie było innego wyjścia, musieli się napić. Spojrzała wymownie na Henryka, od razu zrozumiał.
- Dobrze, pójdę - powiedział beznamiętnie. Od chwili, kiedy żołnierze wyrzucili ich z mieszkania, coś w nim pękło i zdawał się nieobecny. - Tylko w czym ją przyniosę? - spytał jednak całkiem przytomnie.
Barbara zdała sobie sprawę, że nie mają nic, w co można by zaczerpnąć wody. "Trzeba będzie pożyczyć jakieś naczynie", pomyślała. Rozejrzała się i dostrzegła mężczyznę, obok którego stała pusta zielona flaszka, chyba po jakimś alkoholu.
- Czy możemy pożyczyć? - zapytała, wskazując na butelkę. - Mąż pójdzie po wodę.
- No nie wiem. - Popatrzył na Barbarę niechętnie. - Taka butelka tutaj jest na wagę złota. A co ja z tego będę miał? - spytał, oblizując wargi.
- Obawiam się… nie mamy pieniędzy… - Chciała jeszcze coś dodać, zamilkła jednak. Taka była prawda. Wyszli z mieszkania, tak jak stali, nie zabierając niczego, a pieniądze i wszystkie cenne rzeczy zostały w piwnicy. - I chyba nic innego, czym moglibyśmy zapłacić… - odezwała się po chwili. - Potrzebujemy wody, żeby przeżyć. - Nie chciała się poniżać, tyle że w jej głosie dało się słyszeć błagalny ton.
Mężczyzna przyglądał się im w zamyśleniu.
- Wszyscy potrzebujemy wody, żeby przeżyć - powiedział w końcu. - Dobrze, pożyczę - uśmiechnął się krzywo.
- Ale połowa zawartości dla mnie! - postawił warunek.
Barbara spojrzała na męża, który tylko wzruszył ramionami. Jaki mieli wybór?
- Zgoda - rzekła.
Henryk wziął pustą butelkę i ruszył w kierunku bramy. Barbara z Hanią odprowadzały go wzrokiem, lecz szybko zniknął im z oczu, ginąc w tłumie.
- Mamusiu, mamusiu - Hania pociągnęła Barbarę za sukienkę, dając do zrozumienia, żeby się nad nią nachyliła.
- Mamusiu, chce mi się kupę - wyszeptała jej do ucha. - Gdzie mam zrobić?
- Kochanie, może wytrzymasz, aż tatuś przyniesie wodę? - spytała Barbara, a raczej poprosiła. Bała się, że się pogubią, więc do powrotu Henryka wolała nie ruszać
się z miejsca.
- Nie wytrzymam - jęknęła dziewczynka. - Muszę już!
Barbara zrozumiała, że córeczka pewnie od dawna wstrzymuje i dłużej po prostu nie da rady.
- Gdzie tu najbliżej można się załatwić? - zdenerwowana zwróciła się do mężczyzny, od którego pożyczyli butelkę. Nie chciała się przedzierać z powrotem do miejsca, z którego przed chwilą uciekli, może gdzieś bliżej był podobny placyk.
- Gdziekolwiek… - odpowiedział, wydymając policzki.
- Niektórzy chodzą pod mur, ale tam jest niebezpiecznie, bo Kałmucy dla zabawy strzelają w gołe tyłki - ostrzegł. - Poza tym pod murem leżą trupy, a niektóre już mocno cuchną. Więc nie polecam… (...)
Posłuchaj: