"Zastanawiałam się, czy umieram". Polską wolontariuszkę ranną na wojnie w Ukrainie czeka długie leczenie
Pani Grażyna i pan Kamil to wolontariusze krakowskiego stowarzyszenia Klika. Pojechali do Bachmutu (w obwodzie donieckim) z pomocą humanitarną już po raz czwarty. - Od jakiegoś czasu żyjemy na Ukrainie, wspierając tutaj osoby z niepełnosprawnością czy seniorów, którzy nie chcą albo nie mogą wyjechać - mówi pani Grażyna. Dostarczają im pomoc rzeczową, ale też m.in. sprzęt do rehabilitacji dzieci.
"Zastanawiałam się, czy umieram"
Tym razem mieli ze sobą paczki świąteczne, bo w Bachmucie - w piwnicach, z mieszkańcami - chcieli spędzić prawosławne święta. Pani Grażyna zrobiła nawet kutię. Gdy podjechali pod pierwszy punkt, bez problemu wypakowali dary.
- W momencie, gdy podjechaliśmy do drugiego z tych punktów, otworzyliśmy bagażnik i zaczęliśmy się przymierzać do wypakowywania darów, przeleciał jakiś pocisk. Uderzył 30 metrów od nas, w blok mieszkalny. A my oberwaliśmy odłamkami od tego pocisku - opowiada wolontariuszka.
- Momentalnie przewróciłam się na ziemię, bo to była ogromna siła. Czułam, jak wypływa ze mnie krew. W prawej nodze właściwie zupełnie nie czułam bólu, a w lewej za to - ogromny ból. Zastanawiałam się, czy umieram - wspomina.
Pan Kamil w momencie wybuchu był w samochodzie. Właśnie miał zacząć wypakowywać dary. - Na chwilę mnie ogłuszyło, ale po kilku sekundach się ocknąłem. Zobaczyłem na ziemi trzy osoby, w tym Grażynę - opowiada. Razem z nim był jeszcze ukraiński wolontariusz Denis.
Pan Kamil od razu ruszył z pomocą. - Jestem szczęśliwy, że Grażyna żyje, że my żyjemy. Cudem się uchroniłem, ale dzięki temu mogłem im pomóc. Na razie jeszcze działa adrenalina, która pewnie kiedyś opadnie i wtedy na pewno będzie ciężej. Ale na razie jesteśmy szczęśliwi - opowiada wolontariusz.
Pani Grażyna trafiła najpierw do Centrum Pierwszej Interwencyjnej Pomocy w Bachmucie, które jest prowadzone przez lekarzy wojskowych. Tam została zaopiekowana. Podano jej znieczulenie, potem pojechała do szpitala w Pawłogradzie, by stamtąd dotrzeć do Polski.
Długie leczenie i rehabilitacja
We wtorek po południu ambulanse z rannymi przekroczyły granicę. Transport Polaków koordynowało Ministerstwo Zdrowia. Z obojgiem pacjentów rozmawiał zresztą jego szef Adam Niedzielski.
Wolontariusze trafili do Samodzielnego Publicznego Szpitala Klinicznego nr 4 w Lublinie, przy ul. Jaczewskiego. Ich stan jest stabilny. Oboje mają ranne nogi - w przypadku pani Grażyny konieczna była amputacja. Jak przekazała nam rzeczniczka szpitala, mężczyzna w najbliższym czasie będzie mógł opuścić placówkę, natomiast kobietę czeka dłuższe leczenie, a potem rehabilitacja.
Piekło w Bachmucie
Wolontariusze opowiadają, że to, co dzieje się w Bachmucie, to piekło. - Cały czas słychać huk pocisków i wystrzałów, do tego widok przeogromnych zniszczeń - opisują. Pani Grażyna zwraca uwagę, że na miejscu jest mnóstwo ludzi z niepełnosprawnością intelektualną. - Oni nie będą w stanie sami przeprowadzić ewakuacji. Nawet jeśli ich wsadzimy do pociągu i gdzieś zawieziemy, to co dalej? Ktoś musi przejąć opiekę i wsparcie nad nimi. Oni sami sobie tego absolutnie nie zorganizują - tłumaczy.
O sytuacji w Bachmucie opowiadał ostatnio w TOK FM Wojciech Konończuk, dyrektor Ośrodka Studiów Wschodnich. - To tak naprawdę, od dłuższego czasu, główny punkt zapalny na linii frontu. To tam trwają najbardziej intensywne walki, co wynika z tego, że Rosjanie uważają, że to też odcinek, który byłby najłatwiejszy do sforsowania - mówił.
'Bachmut jak Stalingrad'. Gen. Bieniek: Ulice są zasłane ciałami, trwa walka o każdy skrawek miasta