,
Obserwuj
Lubelskie

Ukraińcy i Ukrainki boją się 1 października. "Czy dojdzie do nierówności wobec prawa?"

6 min. czytania
21.09.2025 08:00

Senat przyjął ustawę o pomocy obywatelom Ukrainy, która m.in. uzależnia wypłatę 800 plus od aktywności zawodowej danego uchodźcy. Nie wniesiono do niej żadnych poprawek. Teraz trafi ona na biurko prezydenta. Liczy się czas, bo nowe prawo musi być przyjęte do końca września, by nie doszło do chaosu prawnego i by Ukrainki i Ukraińcy nie zostali "na lodzie" jeśli chodzi o legalizację pobytu, pracę, szkołę dla dzieci. Bo ustawa to nie tylko 800 plus, ale także szereg innych kwestii. 

Ukraińcy niepokoją się o swój los w Polsce
Ukraińcy niepokoją się o swój los w Polsce
fot. Pawel Wodzynski/East News

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Jakie mogą być konsekwencje braku podpisu prezydenta pod ustawą? 
  • Jakie zastrzeżenia zgłaszano do niej w konsultacjach? 
  • Czy jest dla niej jakaś alternatywa? 

- Dobrze, że ustawa jest, choć nie wiadomo, co zrobi pan prezydent. Oczywiście, że są do niej zastrzeżenia - mówi Milena Kloczkowska ze Stowarzyszenia Homo Faber z Lublina. - W mojej ocenie, jedną z grup wrażliwych są osoby, które pobierają ukraińską emeryturę. Wynosi ona np. tylko 300 zł, przeliczając ją na złotówki. Jeśli z tak niskiej kwoty seniorzy czy seniorki mieliby jeszcze opłacać miejsce w ośrodku zbiorowego pobytu, to byłby to dla nich dramat. Bo muszą mieć jakieś pieniądze choćby na dojazd do lekarza czy wykupienie leków. A tu - nie zostałoby im już praktycznie nic. Inna grupa to mamy z dziećmi. Od początku mówiliśmy, że uzależnianie wypłaty 800 plus od pracy - kiedy mówimy o samotnych mamach, które niejednokrotnie chcą pracować, ale nie znajdują zatrudnienia w godzinach, w których mogłyby to robić - nie jest dobrym rozwiązaniem. Poza tym, co zrobić, gdy w Polsce jest dwoje rodziców - jedno pracuje, a drugie nie? Czy dojdzie do nierówności wobec prawa? Obywatele polscy otrzymują to świadczenie niezależnie czy pracują, czy nie, czy zarabiają dużo, czy mało - mówi Kloczkowska.

Jak dodaje, w Ukrainkach jest w tej chwili ogromny lęk. - Pojawiają się pytania, co dalej? Czy sobie poradzą? Niektóre myślą o powrocie do siebie, tyle, że tam trwa cały czas wojna, rakiety spadają niemal codziennie, również na zachodniej Ukrainie, też blisko Polski. Część mam nie chce, by ich dzieci wychowywały się na wojnie, pod ostrzałem. I trudno się im dziwić - mówi Milena. 

Ustawa to coś jeszcze

Ustawa przewiduje, że do ośrodka zbiorowego zakwaterowania - a takie są w każdym województwie, najczęściej zlokalizowane w akademikach czy hostelach - mogą trafić m.in. osoby z niepełnosprawnościami, i nie muszą za taki pobyt i wyżywienie płacić. Jest jednak pewne "ale". Bo - jak tłumaczy w TOK FM Anna Mirkowska, wolontariuszka z warszawskiego Stowarzyszenia Mudita i Rubikus HelpUA - by z pomocy skorzystać, trzeba mieć polskie orzeczenie o niepełnosprawności. A osoby, które przyjeżdżają do Polski dopiero teraz, takiego orzeczenia jeszcze nie mają.

- Wyrobienie dokumentu trwa od trzech do sześciu miesięcy, tak po prostu jest. Więc pytanie, gdzie przez ten czas taka osoba ma mieszkać, co ma jeść i w jaki sposób tutaj w Polsce żyć? Te osoby najczęściej w ogóle nie znają też jeszcze języka polskiego - mówi Mirkowska. A cały czas tacy uchodźcy do Polski trafiają - niektórzy aktywiści mówią, że jest ich coraz więcej. Chodzi choćby o osoby bez nóg, które straciły na wojnie, z niepełnosprawnością ruchową czy intelektualną. - Potrzebny jest bufor, by udało się przynajmniej rozpocząć procedurę ubiegania się o orzeczenie o niepełnosprawności. By taka osoba mogła trafić w tym czasie do ośrodka zbiorowego i nie musiała za ten pobyt płacić - słyszymy od wolontariuszy. 

Anna Mirkowska zwraca też uwagę na inną kwestię z ustawy o pomocy obywatelom Ukrainy. - Nie wiem nawet, czy jest to bardziej absurdalne czy koszmarne, ale znosi się możliwość wyrobienia numeru PESEL ze statusem UKR w miejscu pobytu osoby, która fizycznie nie jest zdolna do stawienia się w urzędzie. Takie osoby są, a ich funkcjonowanie w Polsce bez numeru PESEL i bez statusu UKR, jest niemożliwe. Bo to jest potrzebne chociażby przy wizytach u lekarza, gdy trzeba wezwać pogotowie czy w różnych innych życiowych kwestiach - słyszymy. 

-  Chodzi np. o sytuację, gdy ktoś jedzie do Polski albo gdzieś dalej i w drodze dostaje zawału albo udaru, więc prosto z drogi trafia do szpitala. Taka osoba bez statutu UKR, bez numeru PESEL jest dla systemu niewidoczna, za pobyt teoretycznie musi zapłacić, mimo że jest uchodźcą wojennym. Mieliśmy choćby ostatnio pana chorego onkologicznie, rodzina za wszelką cenę chciała mu pomóc, jechał do Niemiec. Ale po drodze, w Warszawie, pan mocno osłabł. Dostaliśmy informację od córki, że nie jest w stanie dojść do hostelu, dosłownie 100 metrów obok. Gdyby nie było możliwości wyrobienia takiej osobie numeru PESEL w miejscu przebywania, czyli akurat tutaj w szpitalu, ta osoba zostałaby praktycznie bez tytułu do legalnego przebywania w Polsce. Na szczęście jeszcze taka możliwość istniała i udało się wszystko zorganizować. Ale jak się prawo zmieni, będzie to bardzo trudne - dodaje nasza rozmówczyni. 

Jakie były wcześniej zastrzeżenia do ustawy?

Konfederacja Lewiatan w swoich uwagach do ustawy też odniosła się do kwestii osobistego stawiennictwa, by wyrobić numer PESEL. "W naszej ocenie, wymóg osobistego stawiennictwa wszystkich obywateli panstw trzecich jest środkiem nieproporcjonalnym do zakładanego celu regulacji oraz nadmiernie uciążliwym. W praktyce spowoduje m.in. poważne trudności w uzyskaniu numeru PESEL przez cudzoziemców, którzy nie zamieszkują w Polsce, lecz na podstawie odrębnych przepisów są zobowiązani do jego posiadania, np. cudzoziemców pełniących funkcje w zarządach spółek kapitałowych, potrzebujących PESEL w celu realizacji obowiązków takich jak podpisanie i złożenie sprawozdania finansowego" - napisał Marek Górski, prezydent Konfederacji Lewiatan. Zwrócił też uwagę, że powszechny obowiązek osobistego stawiennictwa spowoduje "dodatkowe obciążenie w administracji, przyczyniając się do powstawania dłuższych kolejek w urzędach". 

Lewiatan nawiązał też do umożliwienia wojewodom zawieszania terminów w rozstrzyganiu konkretnych spraw. "Przepis ten jest interpretowany przez urzędy wojewódzkie rozszerzająco i stosowany wobec wszystkich obywateli państw trzecich (...). W praktyce oznacza to odebranie cudzoziemcom środków prawnych służących przeciwdziałaniu bezczynności i przewlekłości postępowań, a także prawa do rozpoznania sprawy bez zbędnej zwłoki" - wskazał Mare Górski. Chodzi o to, że gdy w danej sprawie administracyjnej wojewoda zawiesi na jakiś czas postępowanie, cudzoziemiec ma związane ręce. "Zawieszenie biegu terminów powoduje chaos decyzyjny i brak spójności działań organów państwa. Zdarzają się przypadki, gdy wnioski złożone wcześniej pozostają nierozpoznane, podczas gdy nowsze sprawy rozpatrywane są w pierwszej kolejności" - wskazała Konfederacja Lewiatan. 

Swoje uwagi zgłosiła też Fundacja "Ukraiński Dom". "Projekt nie uwzględnia wielu realnych sytuacji, w jakich znajdują się cudzoziemcy legalnie mieszkający i pracujący w Polsce" - wskazywała prezeska fundacji, Myroslava Keryk. 

Jak podkreśliła, problemy mogą dotknąć choćby studentów podejmujących w Polsce pracę, osób, które mają nierejestrowaną działalność czy tych, którzy pracują na umowę o dzieło. "Cudzoziemcy często łączą różne formy zatrudnienia, np. pracę w niepełnym wymiarze z umową o dzieło, która nie wiąże się z odprowadzaniem składek. Ich łączny dochód nie będzie uwzględniany w świetle nowych przepisów" - wskazywała prezeska fundacji.

W swoim piśmie pokazała również, że podobne problemy dotkną osób, które nie są rodzicami dziecka/dzieci, ale w Polsce się nimi zajmują - np. starszego rodzeństwa. Wskazano też na dzieci pozostające pod opieką osób w wieku emerytalnym, np. dziadków, którzy nie podlegają obowiązkowym ubezpieczeniom społecznym. "To jedynie niektóre przykłady sytuacji, w których dzieci cudzoziemców - osób uczciwie pracujących i stale mieszkających w Polsce - mogłyby zostać niesłusznie pozbawione wsparcia państwa" - pisała w uwagach do projektu Myroslava Keryk. 

Jaka będzie decyzja prezydenta?

- Nie wiemy, co zrobi Karol Nawrocki. Pamiętajmy, że przygotował swój projekt ustawy, którym ostatecznie Sejm się nie zajął (projekt jest cały czas w konsultacjach społecznych - przyp. red.). Może będzie dążył do tego, by tej ustawy nie podpisać, tylko czekać na przyjęcie jego projektu? Obawiamy się tego bardzo, podobnie jak nasi podopieczni z Ukrainy. Bo wtedy od 1 października będziemy mieć jeden wielki chaos dotyczący uchodźców wojennych i ich dzieci. Nikt tego chyba nie chce, ale zobaczymy, jak będzie - mówi nam anonimowo jedna z aktywistek. 

Konsultacje projektu prezydenckiego mają potrwać do 25 października. Jest w nim m.in. zapis, którego nie ma w projekcie rządowym, dotyczący wprowadzenia kary za propagowanie banderyzmu oraz działań OUN-UPA na takich samych zasadach, jak za propagowanie nazizmu, komunizmu czy faszyzmu. Projekt Karola Nawrockiego zakłada też zmiany w Kodeksie karnym i przewiduje podwyższenie kary za nielegalne przekroczenie polskiej granicy do pięciu lat pozbawienia wolności i podwyższenie widełek kary za organizowanie nielegalnego przekraczania granicy - od 2 do 12 lat pozbawienia wolności.

Źródło: TOK FM