,
Obserwuj
Lubuskie

"Miasteczko Kożuchów to takie lubuskie Carcassonne". Turyści wciąż go nie odkryli

5 min. czytania
27.08.2023 09:00
Tego regionu Polski turyści nie odwiedzają zbyt licznie. W województwie lubuskim jest około 250 pałaców, dworów i zamków, choć większość niestety niszczeje. Tych, co chcieliby ratować zabytki, odstrasza biurokracja. Przykładem jest Holender, który chciał odratować pałac w Bogaczowie, a ciągle ma pod górkę. - Nasadzenie hortensji wzdłuż rowu melioracyjnego tak rozzłościło urząd konserwatora zabytków, że właściciel dostał mandat - słyszymy.
|
|
fot. Anna Kraśko/ Agencja Wyborcza.pl

- Mamy bardzo ciekawe obiekty militarne, takie jak Międzyrzecki Rejon Umocniony i Twierdza Kostrzyn. Mamy fantastyczne parki, jak wpisany na listę UNESCO Park Mużakowski, który znajduje się po polskiej i po niemieckiej stronie. Oprócz tego rozkwita turystyka związana z winiarstwem - wylicza Anna Dziadek, prezeska lubuskiego oddziału Towarzystwa Opieki nad Zabytkami.

Jak dodaje, województwo lubuskie to raj dla lubiących wyprawy rowerowe, piesze czy konne, a także ciekawe miejsce dla osób szukających polsko-niemieckich spotkań. Na przykład w podzielonym po wojnie mieście Gubin - Guben. - Możemy spędzić czas i po polskiej, i po niemieckiej stronie. Wystarczy przekroczyć mostem Nysę Łużycką i już jesteśmy za granicą - dodaje.

Są też takie miejsca jak unikatowe w skali światowej, a mało znane, miasteczko Kożuchów, otoczone oryginalnymi średniowiecznymi murami i fosą, zachowanymi niemal w pierwotnej długości. - To takie lubuskie Carcassonne - słyszymy. Łącznie w województwie lubuskim zabytków jest prawie 4 tysiące, w tym około 250 pałaców, zamków i dworów. - Lubuskie wyróżnia powiązanie architektury, czyli ciekawych obiektów budowlanych z przyrodą. Przybywającym do nas gościom uwielbiam pokazywać te miejsca, gdzie - nawet jeżeli konkretny dwór, pałac czy kościółek jest już w opłakanym stanie i zapewne nie da się go uratować, to otoczenie tych obiektów jest przyrodniczo bardzo, bardzo ciekawe - zaznacza Anna Dziadek.

Na zabytkowej stodole zostawili 'pozdrowienia z Warszawy'. Muzeum oburzone. 'Akt bezmyślnego wandalizmu'

Droga przez mękę

 

W województwie, które może pochwalić się dużą liczbą pałaców, zamków i dworów, tych faktycznie zadbanych i zaopiekowanych wciąż jest jednak niewiele. Wymienić można Pałac Książęcy w Żaganiu, Zamek Królewski w Międzyrzeczu, zamek w Łagowie, pałace w Mierzęcinie, Zaborze, Wiechlicach, Bogaczowie czy Bojadłach. Dziesiątki tego typu zabytków w Lubuskiem pozostają w ruinie, a potencjalnych inwestorów zniechęcić mogą doświadczenia tych, którzy zdecydowali się na zakup zabytku i jego rewitalizację.

- To zadanie bardzo trudne i bardzo drogie, choć często jest tak, że ludzie mają pieniądze i chcą obiekty ratować, natomiast jest to administracyjnie i w kwestiach formalno-prawnych droga przez mękę. Jako Towarzystwo Opieki nad Zabytkami pomagamy właścicielom zabytków i służymy radą, ale absurdów jest wiele. Ostatnio zgłosił się do nas właściciel zabytku, od którego konserwator wymagał inwentaryzacji parku, a w konsekwencji okazało się, że obszar wokół pałacu w ogóle nie jest wpisany do rejestru zabytków - opowiada Anna Dziadek. Podobnych historii - gdy ludzie chcący ratować zabytki zderzają się z machiną biurokracji - ma na pęczki.

Jak na przykład ta dotycząca pałacu w Bogaczowie. - Tam nasadzenie hortensji wzdłuż rowu melioracyjnego tak rozzłościło urząd konserwatora zabytków, że właściciel dostał mandat w kwocie 5000 zł. Odwołał się, ale ministerstwo poparło decyzję pani konserwator. Sprawa jest aktualnie w NSA. Dopóki rosły tam chwasty, nie było zainteresowania służb konserwatorskich - mówi prezeska lubuskiego TOZ.

Jak dodaje, właściciel jest Holendrem, który z prywatnych funduszy za około 3 miliony euro wyremontował i doprowadził do stanu użytkowania pałac i jego otoczenie. - Nie dostał żadnej odznaki za opiekę nad zabytkiem. Zamiast tego ciągany jest po sądach, a administracja wręcz przeszkadzała mu i do dzisiaj przeszkadza w funkcjonowaniu w tym obiekcie - stwierdza Anna Dziadek.

- To bardzo smutny przykład, bo - zamiast współpracować z właścicielem, żeby łatwiej było pozyskiwać następnych inwestorów zainteresowanych zrujnowanymi zabytkami na terenie województwa - niestety zniechęca się tych ludzi - dodaje nasza rozmówczyni. - Ten Holender mógłby być chodzącą reklamą, a tak naprawdę jest teraz antyreklamą, bo zapewne wszyscy jego znajomi wiedzą już, że on przechodzi tu drogę przez mękę. Zamiast cieszyć się tym obiektem, musi spędzać czas z prawnikami. A ma 80 lat i chciał sobie tutaj spokojnie dożyć starości. Przecież tego zabytku ze sobą do grobu nie zabierze - stwierdza.

Zamek na Wawelu wreszcie ma 'komfortkę'. 'Odczarowuje mit niedostępności'

Problemy mentalnościowe?

 

W okolicy nie brakuje także zaprzepaszczonych szans na odbudowę. - Na przykład pałace w Brodach czy w Bieczu, które próbowali odzyskać potomkowie dawnych właścicieli. Nie doszło to do skutku. To jest równocześnie strata i dla regionu, i dla tych obiektów - mówi Anna Dziadek. Odczuwalny w Lubuskiem brak wsparcia administracji nie jest - jej zdaniem - kwestią wyłącznie formalną. Przyznaje, że wiele problemów na linii służby konserwatorskie - prywatny właściciel wynika z chaosu w przepisach. Nieraz na przykład długo trwa wyjaśnianie, co w danym obiekcie konkretnie podlega ochronie konserwatorskiej.

Jednak jest też druga strona medalu: problemy - jak mówi - "mentalnościowe". - Takie pochodzące może jeszcze z czasów PRL-u przekonanie, że "prywaciarz" to będzie zły zarządca, zły opiekun obiektu zabytkowego. Moim zdaniem prywatnej inicjatywy nie można zabijać. Urzędy powinny iść na rękę prywatnym właścicielom i pomagać im robić coś zgodnie z własnym gustem. Chronić substancję zabytkową, ale przy okazji też pozwalać ludziom robić coś nowego. Wtedy powstają naprawdę fantastyczne, nowe projekty, których w Polsce jest ciągle jeszcze za mało - podkreśla Anna Dziadek. - Gdyby służby konserwatorskie istniały sto, dwieście lub trzysta lat temu, to obawiam się, że wiele obiektów by nie powstało - dodaje.

Pierwsze pokolenie turystów

 

Jak mówi nasza rozmówczyni, w województwie lubuskim mieszkańcy ciągle uczą się przedstawiać swój region turystom. - Nie mamy tradycji pięciu pokoleń turystów, a nawet dwóch czy trzech - zauważa Dziadek. Przygraniczne położenie, decydujące z jednej strony o bogactwie kulturalnego dziedzictwa, przez lata wykluczało warte odkrycia tereny spod turystyki. - Na przykład Dolne Łużyce - obszar na długo wycięty spod turystyki, teren przygraniczny, gdzie trzeba było stale nosić przy sobie dowód osobisty. Aż do lat dziewięćdziesiątych turystyki nie było tu wcale - stwierdza prezeska lubuskiego TOZ.

Teraz - jak mówi - turyści z Warszawy, Bydgoszczy czy Krakowa zachwycają się, odwiedzając województwo lubuskie. Podobnie - trafiający tu goście z zagranicy. - Niemcy, Holendrzy czy Japończycy odwiedzają zwykle takie miejsca jak Wieliczka czy Zakopane. Wszędzie są tłumy. Jeżeli państwo przyjeżdżają jako turyści do województwa lubuskiego, to sam kontakt z przyrodą jest zupełnie innej jakości, jest bliższy, dlatego właśnie, że jest mniej turystów. A nawet, jeśli przyjedzie ich więcej, to i tak mają gdzie się rozejść, bo 50 procent województwa lubuskiego to las - przekonuje nasza rozmówczyni.

Wspomina wizytę w Ośrodku Edukacji Przyrodniczo-Leśnej w Jeziorach Wysokich, urokliwym miejscu z wieżą widokową, które odwiedziła z turystką z Japonii, od 20 lat mieszkającą w Polsce. - Ta pani mówi nagle: 'Tu jest tak pięknie! Dlaczego tu nie ma ludzi?' - wspomina Anna Dziadek. - Sama często jestem z rodziną na szlakach i jesteśmy jedyny turystami. To takie trochę ekskluzywne doświadczenie - podsumowuje.