,
Obserwuj
Małopolskie

Strzelanina w Krakowie. "To nie tak, że dwóch chirurgów z pełnymi brzuchami poszło ratować"

3 min. czytania
08.11.2026 14:08

Dwóch krakowskich chirurgów znalazło się w sobotę w środku dramatycznych wydarzeń w Krakowie. - Jak przybiegliśmy na miejsce zdarzenia, to zastaliśmy "krajobraz po bitwie". (...) Pierwsza myśl była taka: A gdzie są napastnicy? - mówił w TOK FM prof. Michał Pędźwiatr ze Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie.

Kraków
Kraków
fot. Jakub Porzycki / Reuters / Forum

Strzelanina w Krakowie. "To nie tak, że dwóch chirurgów z pełnymi brzuchami poszło ratować"

W sobotę po południu zamaskowany 24-latek wjechał autem na krakowski rynek i otworzył ogień do przypadkowych osób. Po pościgu i wymianie ognia z policją został ranny i zatrzymany. W wyniku ataku zginęło sześć osób, a 16 zostało rannych, w tym sprawca. Wśród rannych jest dwóch policjantów.

Moment zatrzymania sprawcy w rejonie ul. Stradomskiej widzieli m.in. specjaliści ze Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie, chirurdzy prof. Michał Pędziwiatr i dr Mateusz Wierdak. Byli w tym czasie w pobliskiej restauracji. Jak opisał prof. Pędziwiatr, uciekający samochodem sprawca po zderzeniu z innym autem wyskoczył z pojazdu i zaczął strzelać. Mimo odniesionych ran jeden z policjantów kontynuował obezwładnianie napastnika. Dodał, kiedy strzały się uspokoiły, pobiegli, żeby im pomóc. Nie rozumieli jeszcze, co się dzieje. 

- Jak przybiegliśmy na miejsce zdarzenia, to zastaliśmy "krajobraz po bitwie". Na ziemi leżeli policjanci. Leżał mężczyzna w mundurze, którego też wzięliśmy za osobę z dobrej strony. Pierwsza myśl była taka:  A gdzie są napastnicy? Dopiero, na szczęście dość szybko, okazało, że napastnik to jeden z poszkodowanych -  mówił w TOK FM prof. Michał Pędźwiatr, kierownik Klinki Ogólnej Onkologicznej Metabolicznej i Stanów Nagłych Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie.

Zastrzegł, że na miejscu była już policja "w liczbie zdecydowanie przekraczającej zapotrzebowanie".  -Policjantów było bardzo dużo, zrobili świetną robotę, ponieważ odgrodzili cały teren, zadbali o bezpieczeństwo przechodniów, a przy okazji część z nich z nich to byli ratownicy medyczni, którzy  pomogli nam w opanowywaniu sytuacji. To nie tak, że dwóch chirurgów z pełnymi brzuchami poszło ratować postrzelonych. Tam było więcej ludzi, którzy są bezimiennymi bohaterami. Tak samo oni nam pomogli, jak my próbowaliśmy pomóc im - podkreślił w rozmowie z Przemysławem Iwańczykiem.

"Nazwisko zobowiązuje" 

Gość TOK FM podkreślił, że towarzyszący mu znajomy lekarz okrył najciężej poszkodowanego policjanta płaszczem, by się nie wychłodził i tamował krwawienie z jego klatki piersiowej. 

- Coś, co by zabiło tego policjanta, to utrata krwi. To nie był poszkodowany, który na przykład miał zaburzenia oddychania. On był w stanie samodzielnie oddychać, na szczęście, myśmy przecież nie mieli tlenu. Stąd każda forma tamowania krwawienia, czy to drobnego lub bardziej rozległego, była czymś, co go przybliżało do przeżycia - podkreślił  prof. Michał Pędźwiatr. 

Równolegle Michał Pędziwiatr koordynował logistykę medyczną i rozdysponowanie poszkodowanych do właściwych placówek. Za jego inicjatywą ciężko rannego policjanta skierowano do szpitala dysponującego oddziałem chirurgii klatki piersiowej - Krakowskiego Szpitala Specjalistycznego im. św. Jana Pawła II. Zdaniem lekarza to dodatkowo zwiększyło jego szanse na przeżycie. - Jakby mi się to coś takiego przytrafiło, też bym chciał, żeby mnie tam zawieziono - zastrzegł w "Programie Specjalnym" w TOK FM.

Według informacji specjalisty drugi poszkodowany funkcjonariusz został przetransportowany do Szpitala Miejskiego Specjalistycznego im. Gabriela Narutowicza w Krakowie. 

Lekarz opisał też, że na miejscu poszkodowany został także przypadkowy kierowca samochodu, który znalazł się na linii strzału napastnika i doznał urazu głowy. Według chirurga jego stan również był ciężki.
Po udzieleniu pomocy na miejscu lekarze pojechali do Szpitala Uniwersyteckiego, w którym pracują.

- Nazwisko zobowiązuje. Jak się ma na nazwisko Pędziwiatr, to człowiek generalnie stara się pospieszyć. Ale bez żartów: nigdy nie byłem w takiej sytuacji i nikomu nie życzę, żeby był, ponieważ to nie jest sytuacja, którą się ćwiczy. To sytuacja absolutnie poza zakresem codziennych wydarzeń. Choć faktycznie jesteśmy szkoleni z pomocy osobom po różnego rodzaju urazach (...) Do szpitala przyjeżdżają też pacjenci od czasu do czasu z postrzałami - podsumował w TOK FM kierownik Klinki Ogólnej Onkologicznej Metabolicznej i Stanów Nagłych Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie.

Źródło: TOK FM, PAP 

Redakcja poleca