advert 0:
advert:
device 1:all
device 2:all
advert final:
,
Obserwuj
Mazowieckie

80 lat od wybuchu Powstania Warszawskiego. "Mieliśmy służyć jako żywe tarcze"

AKD
4 min. czytania
01.08.2024 06:35
Pamięta sam wybuch powstania: strzały za oknem mieszkania i gorączkową rozmowę ojca z nianią. "Niech pan nie wychodzi, bo może pana trafić" - krzyczała kobieta do jego ojca. Wszyscy na jakiś czas zostali w mieszkaniu, siedząc z dala od okien. Potem postanowili zejść do piwnic.
|
|
fot. BŁAŻEJ KULESZA, TOK FM

Gdy wybuchło powstanie, miał tylko 11 lat. Jego mama była łączniczką w Armii Krajowej. Czy rozumiał cokolwiek z rozmów dorosłych? Przeczuwał się, co się wydarzy?

- Przed powstaniem rodzice nic nie mówili przy dzieciach. Czasami tylko znajdowałem jakąś gazetkę. Ale wiedziałem, że coś jest nie tak, jak ojciec wynajął siedmiopokojowe mieszkanie. Zarobił na to, bo handlował butami przeznaczonymi dla Niemców. I w tym mieszkaniu był cały czas w rezerwie jeden pokój nieczynny, przygotowany do zajęcia w każdej chwili. Komendant Armii Krajowej tam bywał. Pamiętam, jak nocował - opowiadał reporterowi Radia TOK FM Błażejowi Kuleszy Stefan Wojciech Niesłuchowski, jeden z ostatnich świadków wydarzeń sprzed 80 lat.

Godzina "W". "Niech pan nie wychodzi, bo może pana trafić"

Pamięta sam wybuch powstania: strzały za oknem mieszkania i gorączkową rozmowę ojca z nianią. "Niech pan nie wychodzi, bo może pana trafić" - krzyczała kobieta do jego ojca. Wszyscy na jakiś czas zostali w mieszkaniu, siedząc z dala od okien. Potem postanowili zejść do piwnic. - Było dużo ludzi, rozpoznałem gazeciarza, który trzymał pistolet w ręku i miał opaskę biało-czerwoną. Szedł do przejścia wykutego w ścianie, był już otwór, wszystko było przygotowane do powstania. Wystarczyło pchnąć i otwór był gotowy. Ale zjawił się oficer policji niemieckiej i kazał nam wszystkim wyjść z powrotem - wspominał dziś już 91-letni Niesłuchowski.

Później - razem z bratem i nianią - zostali oddzieleni od ojca. Niemcy kazali im położyć się na chodniku. Kiedy Stefan unosił głowę, widział niemieckich żołnierzy z miotaczami ognia, podpalających budynki. - Kazano nam powstać i zostaliśmy cofnięci. Ostatni raz widziałem ojca, jak oddawał mojego najmłodszego brata niani. Przeżyłem selekcję przed egzekucją dokonaną przez Niemców - mówił pan Stefan reporterowi Radia TOK FM.

Cywile mieli służyć Niemcom jako żywa tarcza

To, co działo się potem, przypomina sceny z filmu. Zgromadzone na ulicy kobiety i dzieci usłyszały od mówiącego nienaganną polszczyzną Niemca, że za chwilę przyjadą czołgi, a one "pomogą odbić małą Pastę". Obiecali też, że gdy akcja się uda, to zwrócą im ich braci i ojców. W rzeczywistości cywile mieli służyć Niemcom jako żywa tarcza.

- Nianię wyłuskali z tego tłumu i też poszła na te czołgi. Była jedną z pierwszych. Wiem z jej opowiadania, że dojechali do barykady polskiej i tam stanęły te czołgi. Nagle wychylił się powstaniec i powiedział: "Co wy tu owieczki stoicie, tu jest przejście, uciekajcie!". Niania uciekła na stronę polską. Ja zostałem na tym cypelku przy Szucha, czekałem na powrót czołgów z rodzeństwem. Jak niania do nas nie wróciła. Wtedy do mnie dotarło, że jestem sam. Jestem dorosły, wszystko teraz polega na mnie - mówił pan Stefan.

Duda i Trzaskowski spotkali się z powstańcami. 'Kamień milowy naszej wolności'

Wtedy Niemcy rozpoczęli ostrzał. Pan Stefan uciekał, pchając wózek z jego bratem i dużą walizką w środku. Biegł slalomem, wymijając zastrzelonych ludzi. Gdy dotarł pod barykadę, gdzie było już spokojniej, zobaczył, że po drodze zgubił walizkę. Zostawił wtedy brata i ruszył po nią z powrotem. Jak dziś mówi, było to "szaleństwo". - Przytargałem ją z powrotem, mimo że strzelali cały czas. Jak wróciłem pod barykadę, nie było nikogo. Wszyscy przeszli na stronę polską przez wąskie przejście. Przypomniało mi się, że obok jest mieszkanie mojej nauczycielki. Ona się mną zaopiekowała - wspominał gość Błażeja Kuleszy.

"Wychodzimy z Warszawy"

Gdy pan Stefan znalazł się w końcu po drugiej stronie barykady i odnalazł resztę rodziny, jego mama zapisała go do Szarych Szeregów. Dzięki temu mógł swobodnie poruszać się po południowym odcinku Marszałkowskiej. Do jego obowiązków należało kręcenie jęczmienia na zupę plujkę i chleb razowy oraz drukowanie prasy. Ponieważ nie było prądu, pan Stefan - razem z innym harcerzem - napędzali maszynę drukarską siłą własnych mięśni. - We dwóch staliśmy na pedale i wprowadzaliśmy w ruch koło, za każdym "huśtnięciem" wypadała jedna kartka. Do tego byli potrzebni tacy szaroszeregowcy. Dzięki nam ta prasa istniała - opowiadał pan Stefan. - Byłem też zaopatrzeniowcem mojego rodzeństwa. Jak chodziłem z gazetami i pocztą, to szukając adresatów po piwnicach, dostawałem dużo żywności. Zanosiłem ją do niani i ona tym rządziła - dodał.

>> WIĘCEJ ROZMÓW BŁAŻEJA KULESZY Z POWSTAŃCAMI WARSZAWSKIMI ZNAJDZIESZ TU << >> WIĘCEJ ROZMÓW BŁAŻEJA KULESZY Z POWSTAŃCAMI WARSZAWSKIMI ZNAJDZIESZ TU <<

Pan Stefan był w Warszawie przez cały okres powstania, całe 63 dni. Jak wspomina ostatni moment? - Dzień lub dwa przed końcem zarządzono zbiórkę wszystkich z Szarych Szeregów i oficjalnie ogłoszono nam kapitulację. Powiedziano nam, że wychodzimy z Warszawy i że zalecają wychodzić z rodziną, a opaski, legitymacje czy jakieś zdjęcia zakopać w piwnicy. Ci, co nie mogli wyjść z rodzinami, dołączali do żołnierzy - opowiadał pan Stefan.

- Jechaliśmy pociągiem, z peronów Polacy rzucali nam chleb i to, co mieli pod ręką. Dojechaliśmy gdzieś i długo staliśmy. Ktoś się wychylił i powiedział: "lokomotywa odłączona". To było w polu. Nie było Niemców i jakiś człowiek na zewnątrz, może przypadkowy, szedł od początku składu i otwierał drzwi. Wyskoczyliśmy i zaczęliśmy iść pieszo, aż doszliśmy do Starachowic. I tam już było dalsze życie - kończy opowieść pan Stefan.

>> WIĘCEJ ROZMÓW BŁAŻEJA KULESZY Z POWSTAŃCAMI WARSZAWSKIMI ZNAJDZIESZ TU <<

Posłuchaj: