Walka z samozatrudnieniem wystartuje później. Minister w TOK FM zapowiada nowy termin
Głośno dyskutowana reforma Państwowej Inspekcji Pracy miała wejść w życie wraz z początkiem nowego roku. Ostateczny projekt ustawy ciągle jednak nie jest gotowy, a jest już połowa grudnia. Wiceminister pracy Sebastian Gajewski tłumaczył dziś w „EKG” w TOK FM, kiedy nowe przepisy rzeczywiście mogą zacząć działać.
Z tego artykułu dowiesz się:
- Dlaczego reforma PIP jest przekładana?
- Czy z tego powodu jesteśmy narażeni na utratę unijnych pieniędzy?
Państwowa Inspekcja Pracy ma wkrótce zyskać nowe uprawnienia. Chodzi o możliwość przekształcania umów cywilnoprawnych i kontraktów B2B w umowy o etat, jeśli w danej sytuacji urzędnicy stwierdzą istnienie stosunku pracy pomiędzy pracodawcą i zatrudnionym. Inspektorzy mają wydawać w tej sprawie decyzje administracyjne, od których będzie można się odwołać.
W Krajowym Planie Odbudowy obecny rząd zobowiązał się, że reforma PIP wystartuje w styczniu 2026 roku. Taka data pojawiała się też w dotychczasowych projektach ustaw. Tyle, że jest już połowa grudnia, a rządzący wciąż nie wysłali propozycji przepisów do parlamentu.
Teraz - jak słyszymy - Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej proponuje, by do projektu wpisać odpowiednie vacatio legis. Poinformował o tym w TOK FM wiceszef resortu Sebastian Gajewski.
- Będzie w tej ustawie vacatio legis, chcemy, aby było trzymiesięczne. Oczywiście pamiętajmy, że dalej jest jeszcze Rada Ministrów, Sejm i Senat, ale taka jest nasza propozycja. To też rezultat dialogu społecznego, bo jest jasne, że każdy ma prawo zapoznać się i przygotować się do stosowania nowych przepisów - mówił w porannym "EKG" polityk Nowej Lewicy.
Ze słów ministra wynika, że w praktyce reforma wystartuje najwcześniej wiosną przyszłego roku. Pod warunkiem, że ustawą jeszcze w styczniu zajmie się parlament, a na ostateczny kształt przepisów zgodzi się prezydent Karol Nawrocki.
Co z reformą PIP? "Jesteśmy w kalendarzu KPO"
Przyznanie inspektorom nowych uprawnień to jedno ze zobowiązań Polski zawartych w KPO. Brak reformy może nas narazić na utratę części unijnych pieniędzy. Potwierdził to w TOK FM wiceminister funduszy i polityki regionalnej Jan Szyszko z Polski 2050. Nie chciał jednak mówić o dokładnych kwotach, choć nieoficjalnie słychać o potrąceniu nawet 2 mld euro.
- Jeśli z niewprowadzeniem reformy wiązałyby się jakiekolwiek koszty, to mogą się one wahać w zależności od tego, jak bardzo rozminiemy się z terminami i celem zapisanym w kamieniu milowym. Ale nie wydaje mi się, żeby w jakimkolwiek przypadku były to 2 miliardy euro. To kwota z kapelusza - mówił Szyszko. Polityk zapewniał też w porannym "EKG", że choć reforma miała być gotowa do stycznia, to z punktu widzenia Brukseli nie ma jeszcze mowy o opóźnieniu.
- Ten kamień milowy będzie rozliczany z Komisją Europejską we wniosku o płatność, który będziemy wysyłać pod koniec pierwszego kwartału przyszłego roku. Dlatego na podpis prezydenta (pod reformą PIP - red.) mamy czas mniej więcej do końca lutego(…). Uspokajam, jesteśmy z tą reformą jeszcze "w kalendarzu" KPO - tłumaczył wiceszef resortu funduszy.
źródło: TOK FM