Barbie wyrosła potężna konkurentka. "To jest wojna"
"Dom stoi w płomieniach […]. Barbie traci w oczach dziewczynek w kluczowych kategoriach […]. Bratz zyskuje popularność wśród głównej grupy docelowej - dziewczynek od pięciu do ośmiu lat […]. Musimy coś zmienić. Zwalczyć ogień ogniem". Publikujemy fragment książki "Barbieland. Historia nieautoryzowana" Tarpley Hitt.
Poniższy fragment pochodzi z książki pt. "Barbieland. Historia nieautoryzowana" Tarpley Hitt, w tłumaczeniu Ewy Skórskiej, która ukazała się 23 września 2026 roku nakładem wydawnictwa Marginesy.
(...) W trakcie tej restrukturyzacji Eckert został zaskoczony nową serią lalek modowych firmy MGA Entertainment - przedsiębiorstwa, które miało niewielkie doświadczenie na rynku lalek, a w zasadzie nie miało żadnego w branży zabawek dla dziewczynek. Nowe lalki pojawiły się na rynku w maju 2001 roku, czyli w tym samym miesiącu, w którym Hausser złożył pozew. Miały duże głowy i duże stopy oraz to, co wielu prawników nazwało "charakterkiem". Pod koniec roku lalki - mowa o Bratz - stały się największym od pół wieku zagrożeniem dla Barbie; było to coś, co bliskie histerii kierownictwo Mattela nazwało "ludobójstwem Barbie". Jeszcze przed trzecimi urodzinami Bratz szef działu zabawek dla dziewczynek rozesłał w Mattelu notatkę, którą nazwano "Domem w płomieniach":
Dom stoi w płomieniach […]. Barbie traci w oczach dziewczynek w kluczowych kategoriach […]. Bratz zyskuje popularność wśród głównej grupy docelowej - dziewczynek od pięciu do ośmiu lat […]. Musimy coś zmienić. Zwalczyć ogień ogniem. Żadna inna marka nie miała dla dziewcząt i kobiet takiego emocjonalnego znaczenia jak Barbie, a jednak konkurencja szybko prowadzi do "ludobójstwa" Barbie.
Rozwiązaniem, jak uznał, była mobilizacja "całego talentu, całej siły i całej historii, które stały za marką Barbie", i przeprowadzenie kontrataku, który powinien być "genialny, taktyczny, agresywny, rewolucyjny i bezlitosny". Kto miał czas na prehistoryczne pretensje Haussera, skoro tę samą lalkę, do której rościł sobie prawa, właśnie masowo mordowano? "To jest wojna i trzeba opowiedzieć się po jednej ze stron" - grzmiał w notatce szef działu zabawek dla dziewczynek. "Barbie symbolizuje dobro. Wszyscy inni symbolizują zło".
W sierpniu 2002 roku Robert Eckert otrzymał anonimowy list, który zaczynał się słowami: "Szanowny Panie Prezesie, posiadam informacje, które według mnie Mattel powinien zbadać". Eckert był osobą publiczną i dostawał stosy korespondencji, zaś anonimowych listów - jak wyraził się później - znacznie więcej niż przeciętny człowiek, z tuzin rocznie. Podchodził do nich nieco "sceptycznie i zrzędliwie". Nadawcą mógł być każdy: niezadowolony klient, jakiś fanatyczny wróg Barbie czy paranoiczny udziałowiec. Ten list jednak wydawał się intrygujący: obiecywał poufne informacje w kwestii dla Mattela bardzo drażliwej. Otóż jego nadawca utrzymywał, że lalki Bratz nie powstały, jak powszechnie sądzono, w firmie ich producenta MGA Entertainment. Powstały, jak dowodził autor listu, w firmie Mattel i wyszły spod rąk pracownika Barbie, byłego projektanta Cartera Bryanta. Jak napisano dalej, Bryant, jeszcze gdy pracował w Mattelu, "zawarł umowę z MGA", dotyczącą tajnego projektowania lalek.
(...) W 1997 roku sfrustrowany i stęskniony za domem, wziął półroczny urlop i wrócił do Missouri. Nadal pracował dla Mattela na pół etatu, choć niektóre zadania zdawały się karykaturą korpokultury: miał, na przykład, zaprojektować wysadzany klejnocikami zszywacz Barbie. 15 kwietnia 1998 roku artysta złożył wypowiedzenie i odszedł z Mattela.
Jak twierdził później, pomysł stworzenia Bratz zrodził się właśnie wtedy. (...) Po kilku miesiącach wrócił do Los Angeles, by ponownie dołączyć do Mattela. (...)
Od czasu do czasu wracał jednak myślami do Bratz i w chwili frustracji wysłał szkice do Alaska Momma - agencji reprezentującej artystów, która, dla niepoznaki, mieściła się nie na Alasce, lecz w Nowym Jorku. Nic z tego nie wyszło, więc na początku 2000 roku pokazał Bratz dawnej koleżance, Veronice Marlow, konsultantce do spraw lalek modowych. Marlow pomyślała, że chyba zna firmę, którą Bratz może zainteresować, i w sierpniu 2000 roku skontaktowała Bryanta z MGA Entertainment. Jesienią tego samego roku artysta znalazł się w gabinecie Isaaca Lariana. (...)
* * *
(...) Oto chronologia wydarzeń, która później okaże się kluczowa: 18 września 2000 roku, gdy Bryant nadal pracował dla Mattela, prawnik Lariana sporządził umowę. Bryantowi zaproponowano pracę na etat, ale on wolał umowę à la Jack Ryan, kontrakt, w którym występowałby jako niezależny wykonawca i otrzymywał tantiemy. 4 października Bryant podpisał umowę, na podstawie której miał dostawać, w ramach zaliczki, pięć i pół tysiąca dolarów co miesiąc przez pół roku oraz trzy procent przyszłych zysków z Bratz. Tego samego dnia złożył w Mattelu dwutygodniowe wypowiedzenie, nie informując szefa, że przenosi się do konkurencji. 19 października bez większego rozgłosu wyszedł z budynku. Larian, jak później twierdził, nie miał pojęcia, że przez te jesienne tygodnie Bryant wciąż pracował nad Barbie. (...)
Bratz zadebiutowały latem tego samego roku w Hiszpanii, lecz ich sprzedaż, podobnie jak działo się to z Barbie, początkowo szła słabo - na tyle słabo, że Toys "R" Us anulowała w październiku zamówienie o wartości sześciu milionów dolarów. Larian zastawił swój dom i podwoił nakłady na reklamę. W grudniu wydawało się, że pomysł zaskoczył: w ciągu zaledwie sześciu miesięcy Bratz zarobiły dwadzieścia trzy miliony dolarów. (...)
* * *
We wrześniu 2001 roku Mattel pogrążył się w kryzysie. Kraj już w nim był: Stany Zjednoczone wkraczały w okres zintensyfikowanej paranoi, karykaturalnego nacjonalizmu i narastającego nawoływania do wojny - stan, który Mattel znał od dawna. Najtragiczniejszy w skutkach atak na terytorium Stanów od czasów Pearl Harbor spowodował chwilowy wzrost sprzedaży mundurowych Barbie. Niemniej, jak ostrzegał wewnętrzny raport, cała seria lalek znajdowała się w stanie "krytycznym". (...)
"Barbie traci na znaczeniu" - usłyszał Eckert od jednego z wiceprezesów w styczniu 2004 roku. "Dziewczynki wstydzą się bawić Barbie, licencjobiorcy masowo z niej rezygnują […]. W całym kraju Flavas, podróbki Bratz, wylądowały w koszykach z przeceną".
Wspomniany wcześniej anonimowy list otwierał jednak zupełnie nowe możliwości. Niedługo po jego otrzymaniu z koncernem skontaktowała się firma z Hongkongu, Cityworld, produkująca podróbkę Bratz o nazwie Funky Tweenz. MGA oczywiście pozwała Cityworld (wraz z jej podmiotem siostrzanym, Toys & Trends) i w trakcie tego postępowania twórcy Funky Tweenz dowiedzieli się o istnieniu Cartera Bryanta. Prawnicy Cityworld dobrze wiedzieli, co dla Mattela oznacza wiadomość o zaangażowaniu ich eksrysownika: Bryant podpisał umowy, na mocy których przenosił na Mattela prawa własności do wszystkich "wynalazków", jakie "powołał do życia" w "dowolnym momencie trwania [ jego] zatrudnienia". (...) Jeśli prawnicy Barbie zdołają udowodnić, że Bryant "powołał do życia" swoje lalki w czasie trwania umowy, będą mogli twierdzić, że właścicielem Bratz jest nie MGA, lecz Mattel. (...)
Związek Cartera z Bratz dostrzeżono już na początku 2002 roku na stronie fanowskiej, prawnicy Mattela znali tę stronę, bo w tym samym miesiącu wysłali jej wezwanie do zaprzestania działalności. Pojawiły się też dowody, że pięć miesięcy p r z e d otrzymaniem anonimowego listu Mattel rozpoczął własne śledztwo w sprawie Bryanta i zaczął gromadzić poufne dane dotyczące Lariana: jego numer ubezpieczenia społecznego, numer ubezpieczenia jego żony, dokumenty dotyczące nieruchomości, informacje o sąsiadach, informacje o świątyni, którą odwiedzał, oraz o jego dzieciach. Mattel kilkakrotnie obserwował siedzibę MGA.
Kiedy jednak 27 kwietnia 2004 roku koncern wniósł wreszcie pozew przeciwko Carterowi Bryantowi, w ogóle nie wspomniał w nim o Bratz. Szefowie firmy od miesięcy utrzymywali, że nie zamierzają dochodzić praw do marki Bratz, domagają się jedynie paru tysięcy odszkodowania za to, że Bryant naruszył warunki umowy. Trudno było w to wierzyć. Zaledwie dwa tygodnie przed wniesieniem pozwu szef Mattel Girls Division, działu produktów dla dziewcząt, przedstawił prezentację na temat notatki zatytułowanej Dom w płomieniach, w której wypowiedział "wojnę" Bratz.
"Trzeba opowiedzieć się po jednej ze stron" - domagał się i tak też zrobiono. W listopadzie Bryant złożył własny pozew, nazywając działania Mattela podstępem, by "uzyskać kontrolę nad prawami do Bratz". Niedługo potem przyłączył się MGA, który stanął po stronie Bryanta i wiosną następnego roku złożył trzeci pozew w związku z tym, co nazwał "nieuczciwą taktyką konkurencji przez zastraszanie" i "seryjnym naśladownictwem" Mattela. Batalia przerodziła się w labirynt roszczeń i wzajemnych powództw, produkowano stosy papierów: prawie jedenaście tysięcy dokumentów sądowych i ponad dziesięć milionów stron dowodów, co dawało archiwum tak obszerne, że w końcu skrzynka sądowa przeznaczona do przechowywania kopii fizycznych pękła pod tym ciężarem.
W ciągu następnej dekady saga Barbie kontra Bratz stała się "jednym z największych i najbardziej zajadłych procesów w historii sądownictwa", rozpatrywanych przez największy sąd apelacyjny w Stanach Zjednoczonych. Wielu dziennikarzy porównywało to do Jarndyce przeciwko Jarndyce, niekończącego się procesu z powieści Charlesa Dickensa Samotnia, który trwał tak długo, że niewielu pamiętało, o co w ogóle w nim chodziło. W fikcyjnej sprawie Dickensa postępowanie ciągnęło się tyle lat, że emocje zdążyły wyparować; proces Barbie kontra Bratz przypominał wojnę. Prawnik Mattela nazwał Bryanta "podwójnym agentem najwyższej klasy", Larian oskarżył Mattela o zabicie ojca, Bryant trafił na ostry dyżur. Wymiana ciosów była tak ostra i agresywna, że gdy po latach trwania procesu sąd wyznaczył na mediatora Pierre’a-Richarda Prospera, byłego ambasadora nadzwyczajnego za rządów George’a W. Busha, specjalizującego się w zbrodniach wojennych, wybór wydawał się bardzo adekwatny. (...)
Posłuchaj: