Ogłoszenie na latarni. ?Biedna rodzina prosi o pomoc"
Reportaż Anny Gmiterek-Zabłockiej do wysłuchania w Radiu TOK FM dzisiaj o godz. 11.25.
Szukasz kontaktu z bohaterką reportażu? Napisz do autorki: anna.zablocka@tok.fm
Ogłoszenie wisiało na latarni przy ratuszu w Lublinie. Obok tych o sprzedaży samochodu, kursie angielskiego, pożyczce bez żyrantów czy możliwości wynajęcia stancji. To było inne: mała, zwykła kartka, a na niej prośba o pomoc. 'Uboga rodzina przyjmie dla dziecka ubranka, buciki, zabawki, mleko Gerber, spacerówkę, pampersy, środki czystości'. I numer telefonu.
Odbiera kobieta. Mówi, że jest studentką czwartego roku psychologii, wciąż się uczy, ma małe dziecko i chorego męża. I nie może związać końca z końcem.
Pani Agnieszka* z rodziną mieszka w peryferyjnej dzielnicy Lublina w małym parterowym domku na tyłach jednego z budynków. Do domu wchodzi się prosto z podwórza. Wita mnie uśmiechnięta młoda mama, z synkiem Adasiem na ręku.
Pani Agnieszka wychowywała się u dziadków, którzy byli dla niej rodziną zastępczą. - Rodzice poszli w swoją stronę - mówi. Dziewczyna dobrze się uczyła, w końcu zaczęła wymarzone studia psychologiczne. - Chciałabym pracować z dziećmi. Może gdzieś w domu dziecka - mówi. Podkreśla, że u dziadków było bardzo dobrze, niczego jej nie brakowało. Ale dziadek zmarł. Została tylko babcia, która sama ledwo wiąże koniec z końcem.
Jeszcze w gimnazjum poznała swojego przyszłego męża. Dwa lata temu wzięli ślub kościelny. - Trzeba było wziąć wtedy kredyt. 3 tysiące - mówi.
Spłacają go do dziś i między innymi w tej spłacie mają zaległości. Mąż pani Agnieszki jest chory, ma rentę. Ale próbuje dorabiać. Tyle że jest z tym problem. Ze względu na to, że ma ciemniejszy kolor skóry (pani Agnieszka prosi, żeby nie pisać o szczegółach). W wielu firmach nikt go nie chce. Dziś dorywczo pracuje, od czasu do czasu wykłada towar w jednym z marketów, choć ma problemy z kręgosłupem i tak naprawdę nie powinien się tym zajmować. - W tym miesiącu ma dostać około 400 złotych - mówi moja rozmówczyni.
'Miałam 5 złotych, a leki dla małego kosztowały 50'
- Chwilowo mamy problemy finansowe, więc pomyślałam 'a nuż ktoś się odezwie'. Byliśmy z małym na morfologii, bo trochę nam choruje, ma katar i kaszel. Wcześniej, jak synek był chory, dostałam recepty na leki, które miały kosztować 50 złotych, a ja miałam w portfelu tylko 5 złotych - opowiada.
Pani Agnieszka kilkakrotnie w rozmowie ze mną podkreśla, że nie chodziło jej o pieniądze. Myślała o konkretnych rzeczach: bucikach czy kombinezonie na zimę dla małego Adasia, o jednorazowych pieluchach, żywności czy środkach czystości. - Bywało, że musiałam kombinować, skąd wziąć na chleb czy na mleko dla dziecka - mówi.
Dziewczyna nie płacze. Cały czas mówi, że muszą sobie poradzić, żeby tylko wyjść na prostą. Ale łatwo nie będzie. Na miesiąc mają około 1200-1300 złotych na życie: renta męża, zasiłek pielęgnacyjny, pieniądze z MOPR dla pani Agnieszki na kontynuację nauki (dostają je byli wychowankowie domów dziecka i rodzin zastępczych).
Jak to się ma do wydatków? 500 złotych za stancję plus bieżące opłaty, do tego codzienne życie, leki. I kredyty, bo pani Agnieszka wpadła w spiralę zadłużenia. Przez kredyt na ślub. - Mamy zaległe cztery raty. Plus to, co na bieżąco - mówi. - Wzięliśmy też 800 złotych w Providencie, bo na początku roku przyszedł duży rachunek za gaz i ogrzewanie. Trzeba było zapłacić. I ta kwota, niestety, rośnie. Część spłaciliśmy, ale reszty jeszcze nie. Mamy prawie drugie tyle - mówi nam kobieta.
Za bogaci na większą pomoc
Rodzina już trzeci miesiąc zalega też z opłatami za mieszkanie. W sumie ich długi to prawie 5 tysięcy złotych. Na tym nie koniec. Dziewczyna oddała też niektóre swoje rzeczy do lombardu. Zastawiła je, by mieć pieniądze na chleb.
Kobieta, jako była wychowanka rodziny zastępczej, jest pod opieką MOPR. Jakiś czas temu dostała pieniądze na usamodzielnienie, jak każde inne dziecko wychowywane bez rodziców, w placówce opiekuńczej czy rodzinie (nieco ponad 4 tysiące złotych). - Ustaliła z nami wcześniej, na co je przeznaczy. Jest bardzo solidna i uczciwa - słyszę w MOPR.
Kupiła m.in. krzesełko do karmienia dla Adasia, regał do pokoju, pralkę, żelazko. Nic na własne przyjemności.
W domu pani Agnieszki pracownik MOPR pojawia się co jakiś czas. W wakacje napisała podanie o pomoc. - Dostałam sto złotych na żywność - mówi z żalem w głosie. Od innych osób przy kasie słyszała, że dostały po 300. - To wszystko zależy od dochodu. Kryterium dochodowe wynosi 1053 złote, a dochód tej rodziny jest nieco wyższy i dlatego ten zasiłek celowy był w takiej wysokości - wyjaśnia Edyta Greszata, kierownik z Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie w Lublinie.
'Wstyd się przyznać przed najbliższym otoczeniem'
W MOPR słyszę, że pomagają rodzinie, ale nic nie wiedzieli o kredytach, zastawionych przedmiotach, ogłoszeniu na ulicy. - Jestem zaskoczona, ponieważ wydaje mi się, że z dosyć dużym sercem podchodzimy do pani Agnieszki - mówi Edyta Greszata. MOPR pomaga. Ale, jak mówi młoda mama, było jej wstyd prosić o kolejne wsparcie; nie jest łatwo przyznać się do jeszcze większych problemów.
Trudno poprosić o pomoc
- Bieda to poczucie winy i poczucie mniejszej wartości. I trzeba się odważyć i zrozumieć, że proszenie o pomoc to niekoniecznie nasza słabość czy proszenie o jałmużnę - mówi psycholog dr Małgorzata Sitarczyk z Instytutu Psychologii Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Jak podkreśla, każdy z nas musi pamiętać, że żyje w społeczeństwie, w 'społecznej sieci'.
Że ci, którzy są koło nas mogą nam pomóc. - A tu trochę tego zabrakło - mówi psycholog. Jak dodaje, niestety często jest tak, że otoczenie nie widzi, że ktoś obok potrzebuje pomocy. Tak było w tym przypadku.
Łatwiej powiedzieć obcym
Pani Agnieszka nie przyznała się nikomu, że ma duże problemy finansowe. Powiesiła ogłoszenie, bo jak mówi, łatwiej opowiedzieć o sobie obcym. Być może dlatego już w pierwszej rozmowie otworzyła się przede mną, dziennikarką, choć nigdy wcześniej się nie spotkałyśmy. - Babcia nic nie wie o naszych problemach, bo sama jest w trudnej sytuacji. A nie chciałam też, by się denerwowała - mówi młoda kobieta. Nic nie wiedziała także uczelnia, na której studiuje. - Koleżankom nic nie mówiłam, bo nie chciałam się afiszować. Poza tym, jakoś tak wstyd prosić kogoś, kogo się zna - mówi.
Byłam na uczelni, rozmawiałam z prorektorem do spraw studenckich. - Na naszej uczelni jest specjalny fundusz dla studentów w trudnej sytuacji finansowej. W szczególnie uzasadnionych przypadkach z funduszu zapomogowego można przyznać studentowi jednorazowe świadczenie - mówi prorektor prof. Krzysztof Narecki.
Jak będzie w tym przypadku? - Jeśli wpłynie podanie na piśmie, rozpatrzymy je i postaramy się pomóc - dodaje rektor.
Najcięższe: wyjść na prostą
- Wierzę, że jakoś to się wszystko powoli ułoży. Najważniejsze, żeby pospłacać zaległe raty, zaległe opłaty bieżące. Ale to właśnie jest najcięższe: to wyjście na zero - przyznaje pani Agnieszka.
W ciągu trzech tygodni zadzwoniła jedna osoba. Pytała o rozmiar ubranek, ale potem już się nie odezwała.
* Imiona bohaterki tekstu i jej synka są zmienione.
Szukasz kontaktu z bohaterką reportażu? Napisz do autorki: anna.zablocka@tok.fm