Była prześladowana za zdjęcie krzyża. W sądzie wygrała. "Byłam tępiona. Przeprosiny są dla mnie najważniejsze"
Pani Grażyno, w Zespole Szkół w Krapkowicach pracuje pani już kilkanaście lat. Przypomnijmy, co spowodowało, że zdecydowała się pani zdjąć ten krzyż ze ściany w pokoju nauczycielskim?
Grażyna Juszczyk: W tej szkole pracuję ponad 16 lat, a nauczycielem - jestem już ponad 30 lat. Zdjęłam ten krzyż, ponieważ pojawił się bez zgody wszystkich nauczycieli. O zgodę ksiądz zapytał tylko wybrane osoby, te od których spodziewał się, a właściwie był pewny, że taką zgodę uzyska. Uznał, że z pozostałymi nie trzeba się liczyć, mnie również nie zapytał.
W jakich okolicznościach ten krzyż zawisł?
Pojawił się w szkole na początku 2013 roku, z okazji zbliżającej się wizyty biskupa. Mnie w tym czasie nie było, ale można było mnie zapytać, na przykład telefonicznie. Ale nie tylko mnie nie zapytano - także innych, którzy byli wtedy obecni w szkole. Ksiądz nie uzyskawszy zgody od jednej z moich koleżanek, do kolejnych już nawet nie podchodził, by pytać.
Dlaczego pozwała pani szkołę o dyskryminację na tle światopoglądowym?
Po tym, jak ten krzyż zdjęłam, na początku przez pięć tygodni nikt nie zauważył, że go nie ma. Później, gdy się zorientowano, próbowałam rozmawiać indywidualnie z nauczycielami, dlaczego ja tego krzyża nie chcę, że on mnie wyklucza, że to jest podkreślenie jakiegoś religijnego charakteru tego pomieszczenia. Wydawało mi się, że nauczyciele to zrozumieją, tymczasem po kilku dniach dyrektorka zwołała nadzwyczajne zebranie. Nie spodziewałam się, że w całości będzie poświęcone temu, że zdjęłam krzyż, upominaniu mnie, ocenianiu, ganieniu za to, co zrobiłam, potępianiu. To był słowny lincz na mojej osobie. Właściwie nikt nie stawał w mojej obronie. Dopiero pod koniec zebrania dwie koleżanki zaczęły mnie bronić, ale ich słowa w protokole z zebrania i tak zostały całkowicie przeinaczone.
Ale to nie było tylko jedno zebranie?
- Nie, potem było drugie - na którym było równie źle, a może nawet jeszcze gorzej. To drugie zebranie pokazało, że ta większość nauczycieli wychodzi z założenia, że skoro są większością, to mogą wszystko. Była taka atmosfera, że gdyby oni na przykład postanowili, że przegłosują, że jest niedziela, mimo, że jest czwartek - to będzie niedziela. To było absurdalne.
Pani Grażyno, w jaki sposób była pani prześladowana i poniżana? - Najbardziej przykre było oskarżenie mnie o kradzież tego krzyża. Usłyszałam, że skoro dopuściłam się czegoś takiego, to może stoję też za kradzieżami innych rzeczy, które ginęły w szkole. Padło też zdanie, że osoba wykształcona i kulturalna powinna wiedzieć, że tak się nie postępuje. Albo, że nie jest tak, że jeżeli się w Boga nie wierzy, to wszystko wolno. Usłyszałam nawet, że czy mi się podoba czy nie, Polska to kraj katolicki, a jak mi się nie podoba, to nie muszę w szkole pracować. Były też zarzuty związane z tolerancją - że jesteśmy nauczycielami i powinniśmy uczyć tolerancji, a swoim zachowaniem pokazuję, że jestem nietolerancyjna .
Nauczyciele napisali też list, w którym pojawiło się takie bardzo przykre zdanie: 'Ta jedna, której się nie podobał krzyż, to jest ta, która notorycznie i świadomie łamała zasady obowiązujące nauczycieli w szkole'. Ten list ukazał się w lokalnej prasie z informację, że podpisało się pod nim 44 nauczycieli. By mi jeszcze bardziej dokuczyć, powiesili ten artykuł z gazety na tablicy w pokoju nauczycielskim.
Nie poszła pani do sądu po pieniądze, ale dla zasady.
- Tak, i sąd był bardzo mocno poruszony przemocą tej większości nad mniejszością. Dla sądu najważniejszy był ten słowny lincz i ta przemoc wynikająca z tego, że jest ich wielu, a ja jestem sama, że mogą narzucić mi wszystko, włącznie z religią - ponieważ na tym zebraniu tłumaczono mi, co powinien znaczyć dla mnie krzyż. Sędzia nawet powiedział, że to mogłoby się wydawać absurdalne i groteskowe, i może nawet by było śmieszne, gdyby nie ten cały kontekst. Widać było, że to dla sądu miało ogromne znaczenie.
Wygrała pani sądową batalię - jak pani myśli, dzięki czemu?
- Jestem przekonana, że nie wygrałabym, gdyby nie niezbite, niepodważalne dowody. Bo wiemy, jaka jest sytuacja w naszym kraju, więc sam fakt, że wygrałam ten proces świadczy o tym, że wszystko co mówiłam, wszystkie moje zarzuty z pozwu były dowiedzione bezspornie.
Wiem od pani adwokata, że duże znaczenie miały zeznania świadków.
- Tak, były bardzo ważne. Po tym pierwszym zebraniu, na którym byłam zlinczowana, dołączyło do mnie pięć moich koleżanek - spośród 52 osób, bo tak liczebne było nasze grono. Koleżanki potwierdzały to, że mówię prawdę. Ale sędzia przy odczytywaniu uzasadnienia wyroku powoływał się też na zeznania świadków strony przeciwnej. I to było zaskakujące, że ci świadkowie, którym wydawało się, że zeznają niekorzystnie dla mnie - okazało się, że ich zeznania były na moją korzyść.
Wyrok to 5 tysięcy złotych odszkodowania dla pani i przeprosiny, które ma zamieścić szkoła na łamach lokalnej prasy.
- Tak, te przeprosiny są dla mnie zdecydowanie dużo ważniejsze.
Chociaż zmienił się dyrektor szkoły, nie ma już ten dyrektorki, która była wtedy.
- Tak, ale dyrektorem jest ówczesny jej zastępca. I nie powinien mieć żadnego problemu z przeproszeniem mnie, ponieważ był równie zaangażowany w prześladowanie mnie, tak samo jak pozostali. Także przeprosiny obecnej dyrekcji będą mieć dla mnie równie ogromną wartość, bo ja dotychczas dobrowolnie przez nikogo przeproszona nie zostałam.
Jaki wymiar ma dla pani ten wyrok?
- Wszyscy przekonali się, że nie tylko większość katolicka ma prawo otwarcie wyrażać swoje poglądy, ale również inne osoby, wyznawcy innych religii czy osoby bezwyznaniowe też mają takie prawo. Że nasze państwo nie jest państwem wyznaniowym, katolickim - jak to usłyszałam od moich współpracowników. Państwo jest neutralne światopoglądowo i wszyscy mamy prawo bronić swoich praw, nawet jako mniejszości. Wszyscy przekonali się też, że nie mogą mnie w żaden sposób karać czy publicznie oceniać za to, że przeciwstawiam się napastowaniu religią. Bo takie nachalne zawieszanie krzyży - dla mnie - jest właśnie takim napastowaniem.
Wyrok wyrokiem, ale nie jest tajemnicą, że krzyż do pokoju nauczycielskiego powrócił i dalej tam wisi.
- Tak, to prawda. Gdy we wrześniu ub. r., po dłuższej nieobecności wróciłam do pracy, poprosiłam dyrektora na piśmie, by zdjąć ten krzyż. Dyrektor, wbrew mojej woli, poddał to pod głosowanie nauczycieli; protestowałam, bo uważam, że nad kwestiami światopoglądowymi nie należy głosować. W końcu udzielił mi odpowiedzi, że jako dyrektor zakazuje mi ruszania tego krzyża i zaproponował, abyśmy zaczekali do wyroku.
Co teraz, po wyroku?
- W tej chwili myślę, że wszyscy, łącznie z dyrekcją, są w ogromnym szoku, że ja tą sprawę wygrałam. Chyba nikt nie podejrzewał, że coś takiego jest możliwe, nie liczył się z taką ewentualnością. Jest ogromne zaskoczenie i niemoc, wynikająca z tego zaskoczenia. Myślę, że dyrektor jeszcze nie wie, co powinien właściwie zrobić.
Czy były głosy ze strony innych nauczycieli - już teraz po wyroku - "Grażyna, super, że się udało?
- Tak, te pięć osób, które były ze mną od początku, jest ze mnie dumnych, przeżywają moją radość. Ta sprawa była również ich sprawą, bardzo się z nią utożsamiali, wspierali mnie, nawet mimo szykan.
A pozostali nauczyciele?
- W ogóle nie chcą na ten temat rozmawiać, udają, że nie ma sprawy. Gdy ja próbuję z kimś rozmawiać, skarżą się do dyrektora, że ja ich nagabuję niewygodnym dla nich tematem. Chyba zupełnie wypychają ze swojej świadomości, że brali w tym udział. Pamiętam, że gdy sprawa była na gorąco komentowana w mediach to jedna z nauczycielek powiedziała, że ja ich ośmieszam. I ja myślę, że ona to prawidłowo odczuwała - bo oni byli ośmieszeni, tylko, że nie przeze mnie. Oni sami się ośmieszyli i myślę, że wielu to odczuwa, jest im wstyd i nie chcą się przyznać do tego, że zawinili.
Proces trwał dość długo, nie wiemy, czy wyrok się uprawomocni czy szkoła się będzie odwoływać. Ale z tej dłuższej perspektywy - było warto?
- Tak, bardzo było warto. Ja miałam zrujnowany autorytet, również w oczach niektórych uczniów. Musiałam odbudować swój autorytet, swoją godność. Bo w przeciwnym razie nie miałabym racji bytu w szkole, w pracy. Każdy z nas ma prawo do swoich poglądów. Trzeba determinacji, by pokazać, że się czegoś chce. Tak, jak katolik ma prawo wystąpić z propozycją zawieszenia krzyża, tak samo ktoś, komu się krzyż nie podoba - ma prawo go zdjąć. Moim zdaniem, krzyż można powiesić w publicznej przestrzeni tylko wtedy, gdy jest absolutna zgoda stu procent osób, które w tym miejscu przebywają.