Trump zarobi na wenezuelskiej ropie? To nie takie proste
Amerykańskie firmy naftowe miałyby wejść do Wenezueli, wydać miliardy dolarów i szybko postawić tamtejszy sektor ropy na nogi - tak przynajmniej twierdzi Donald Trump. Dlaczego jednak taki scenariusz jest mało realny i nie znajduje odzwierciedlenia w reakcjach rynku ropy? Wyjaśnia Rafał Hirsch w podcaście "Cotygodniowe podsumowanie roku".
- Prezydent USA zapowiedział otwarcie Wenezueli na amerykańskie inwestycje naftowe i odbudowę sektora ropy po upadku Nicolasa Maduro;
- Rafał Hirsch zwracał uwagę w podcaście "Cotygodniowe podsumowanie roku", że przy obecnych cenach surowca inwestycje w Wenezueli są ekonomicznie nieopłacalne;
- Ekspert wskazywał, że realne skutki zmian w Wenezueli mogą dotyczyć raczej odszkodowań dla amerykańskich firm, bezpieczeństwa złóż w Gujanie oraz, że pośrednio może skorzystać na tym Rosja.
Po uprowadzeniu przywódcy Wenezueli Nicolasa Maduro prezydent USA Donald Trump zapowiedział, że Stany Zjednoczone miałyby tymczasowo zarządzać krajem i otworzyć go na amerykańskie inwestycje, zwłaszcza w sektorze naftowym. Według Trumpa amerykańskie firmy naftowe "wydadzą miliardy dolarów, by przywrócić zniszczoną infrastrukturę ropy w Wenezueli i zaczną zarabiać pieniądze dla kraju". To oświadczenie pojawiło się zaledwie kilka godzin po pojmaniu dyktatora.
Rafał Hirsch zauważył, że triumfalne zapowiedzi amerykańskiego prezydenta dotyczące Wenezueli nie mają odzwierciedlenia w reakcji rynku. Zwracał uwagę, że mimo deklaracji o przejęciu kontroli nad sektorem naftowym, "rynek finansowy w ogóle na to nie zareagował", a cena ropy "praktycznie nie drgnęła".
Jak mówił, często powtarzane twierdzenie, że Wenezuela ma największe na świecie potwierdzone rezerwy ropy, jest wprowadzające w błąd. - To jest generalnie nieprawda - zaznaczał dziennikarz specjalizujący się w tematyce gospodarczo-ekonomicznej. Przypominał, że dane te pochodzą z 2008 roku i zostały oszacowane przez państwowy koncern naftowy w okresie rekordowo wysokich cen surowca. - Wtedy ropa kosztowała prawie 150 dolarów za baryłkę i przy takich cenach faktycznie można było sobie wyobrazić opłacalność wydobycia - wyjaśniał Hirsch.
Obecnie sytuacja jest jednak inna. - Dzisiaj ropa kosztuje około 60 dolarów za baryłkę, a przy tej cenie dotarcie do zdecydowanej większości tych złóż jest absolutnie bezsensowne ekonomicznie - podkreślał autor audycji. Zwracał przy tym uwagę, że w branży naftowej za istotne uznaje się wyłącznie takie rezerwy, których wydobycie można realnie uzasadnić rynkowo. - Nie ma sensu liczyć złóż, z którymi nikt nigdy nic nie zrobi - dodawał.
"To niemożliwe"
Dziennikarz odniósł się do zapowiedzi Trumpa, że amerykańskie firmy naftowe zainwestują w Wenezueli miliardy dolarów. Jego zdaniem są to jedynie polityczne deklaracje. - To nie jest tak, że rząd przesądza o inwestycjach prywatnych firm. To raczej wyrażenie politycznego życzenia albo forma nacisku - oceniał, porównując te słowa do wcześniejszych deklaracji władz Unii Europejskiej o inwestycjach europejskich firm w USA, które nigdy nie zostały zrealizowane.
Hirsch zauważył, że gdyby amerykańskie koncerny naftowe chciały zwiększać wydobycie, robiłyby to przede wszystkim na terenie samych Stanów Zjednoczonych. - Tam również są niewydobyte złoża, do których można dotrzeć znacznie mniejszym kosztem niż w Wenezueli, a mimo to firmy tego nie robią - mówił. Jak dodał ekspert, przy obecnych cenach ropy oraz ogromnym ryzyku politycznym inwestycje w Wenezueli są skrajnie nieatrakcyjne.
Wskazał również, że nawet w najbardziej optymistycznym scenariuszu skala potrzebnych nakładów jest ogromna. - Żeby przywrócić produkcję ropy w Wenezueli do poziomu sprzed 15 lat, trzeba by zainwestować około 110 miliardów dolarów - podkreślił. Jak zaznaczał, to wielokrotność tego, co wszystkie amerykańskie koncerny naftowe łącznie zainwestowały na świecie w ciągu jednego roku.
Zdaniem Hirscha zmiany na globalnym rynku ropy w krótkim terminie są więc nierealne. - To niemożliwe, żeby w ciągu miesięcy czy nawet roku zwiększyła się globalna podaż ropy - mówił. - Być może w perspektywie 10-15 lat, ale na pewno nie w ciągu jednego roku czy iluś miesięcy - ocenił. - Donald Trump będzie mówił o ogromnym sukcesie, bo tego potrzebuje, ale jeśli chodzi o faktyczne inwestycje i realne zmiany, to nic się szybko nie wydarzy - podkreślał w podcaście "Cotygodniowe podsumowanie roku".
Zwracał jednak uwagę, że amerykańskie firmy mogą mimo wszystko odnieść korzyści w inny sposób. Przypominał, że wiele z nich zostało przed laty wywłaszczonych po nacjonalizacji przemysłu naftowego przez Hugo Cháveza. - Te firmy wygrały sprawy w sądach, a Wenezuela nigdy nie wypłaciła należnych miliardowych odszkodowań. Teraz odzyskanie tych pieniędzy może być łatwiejsze - oceniał.
Skorzysta na tym Rosja?
Hirsch wskazał też na wątek regionalny, związany z Gujaną. Jak mówił, upadek reżimu Maduro oznacza zmniejszenie ryzyka dla tamtejszych złóż ropy, w których kluczowe udziały mają amerykańskie koncerny. - Istniała realna obawa, że Wenezuela spróbuje sięgnąć po te złoża siłą. To ryzyko w tej chwili znika - zaznaczył.
Ekspert przywoływał również opinie, że na całej sytuacji może pośrednio skorzystać Rosja. - Wenezuela i Rosja konkurowały o tankowce obsługujące eksport ropy pod sankcjami. Jeśli wenezuelski eksport zostanie zatrzymany, dostęp do tej floty będzie dla Rosji łatwiejszy, a koszty spadną - tłumaczył.
Źródło: TOK FM, fot. JUNG YEON-JE/AFP/East News