Zbiórka dla uchodźców. Śpiwory, apteczki, a nawet klipsy do zaciskania pępowiny. "Sytuacja ludzi w lasach jest bardzo różna"

Już ponad 140 tysięcy udało się uzbierać na pomoc uchodźcom na granicy na jednej z internetowych zrzutek. - Zakupiliśmy profesjonalne apteczki, ponieważ potrzebne są specjalistyczne opatrunki. Mamy też różnego rodzaju szyny do unieruchamiania kończyn i bandaże. Dzisiaj odbierałam z paczkomatu klipsy do zaciskania na pępowinie - wylicza organizatorka zbiórki Magdalena Liberus.
Zobacz wideo

Magdalena Liberus mieszka w Krakowie, ale dobrze wie, co dzieje się na granicy, bo jest w stałym kontakcie z pomagającymi uchodźcom aktywistami. To właśnie ona zorganizowała w sieci zbiórkę m.in. na specjalistyczne śpiwory, ułatwiające przetrwanie w lesie w naprawdę niskich temperaturach. Ale śpiwory to nie wszystko. Na zrzutce jest już ponad 140 tysięcy złotych (stan na poniedziałkowe popołudnie). 

Pani Magdalena - wspólnie z mężem lekarzem - była tuż poza strefą stanu wyjątkowego. Zorganizowała szkolenie medyczne dla tych, którzy pomagają rodzinom z Syrii, Iraku, Jemenu, Konga czy Afganistanu. Osoby znajdowane w lasach są bowiem coraz częściej w głębokiej hipotermii po tym, jak spędziły w lesie wiele dni. Z bardzo niską temperaturą ciała, dużymi ranami na nogach (m.in. po długiej wędrówce po bagnach w mokrych butach i skarpetkach), ze zwichniętymi i złamanymi nogami. 

- Zrobiliśmy szkolenie z pierwszej pomocy. Zakupiliśmy też profesjonalne apteczki, ponieważ coraz bardziej potrzebne są specjalistyczne opatrunki. Mamy też różnego rodzaju szyny do unieruchamiania kończyn i bandaże. Dzisiaj odbierałam z paczkomatu klipsy do zaciskania na pępowinie. Bo sytuacja ludzi w lasach jest bardzo różna - są też kobiety w zaawansowanych ciążach i tak naprawdę trzeba być przygotowanym na wszystko - mówi nam Magdalena Liberus. 

Co najmniej jeden poród na granicy zresztą już się odbył. 20 października służby poinformowały, że do szpitala w Sokółce trafiła kobieta wraz z nowo narodzonym dzieckiem. Była w grupie cudzoziemców odnalezionej przez Straż Graniczną w pobliżu granicy z Białorusią. 

"Każdy z nich jest naszym bohaterem"

Pani Magdalena jest w stałym kontakcie z Mirosławem Miniszewskim - mieszkańcem jednej z wiosek w strefie stanu wyjątkowego, który niemal codziennie na swoim profilu na Facebooku relacjonuje, co się tam dzieje. Zna sytuację "z pierwszej ręki", bo od początku jest zaangażowany w pomaganie tym, którzy tej pomocy potrzebują. To m.in. on decyduje, co w danym momencie jest najbardziej potrzebne, co kupić z pieniędzy ze zbiórki.

- Byłam na granicy, poznałam Mirka i szereg innych osób, które pomagają. Dla mnie każdy z nich jest naszym bohaterem narodowym. Są to ludzie, którzy poświęcają swoje zdrowie fizyczne i psychiczne tylko po to, by nieść pomoc bliźnim w potrzebie - mówi Magdalena. I dodaje, że nikt nie dyskutuje teraz o tym, skąd cudzoziemcy wzięli się na granicy i dlaczego tam się znaleźli. - Wśród wolontariuszy, mieszkańców, aktywistów to nie jest przedmiotem niczyich dywagacji. Bo naszym celem i zadaniem jest tylko to, by im pomóc. Niezależnie od tego, czy na liściach na zmarzniętej ziemi leży zmarznięta kobieta, dziecko czy dorosły mężczyzna - jest to zawsze tak samo tragiczny, przejmujący widok, który rozrywa serce - dodaje.

- Dzisiaj, w sytuacji w jakiej jesteśmy, dzielenie ludzi na "naszych" i "obcych" jest czymś okropnym. Tym bardziej, że my żyjemy w dużym dobrobycie i naprawdę nikomu nie zaszkodzi się podzielić - podkreśla Magdalena.

Jak mówi, ostatnie tygodnie także ją osobiście bardzo zmieniły - mimo, że na co dzień jest daleko od granicy. - Doceniam teraz ciepłą kołdrę, pod którą mogę się co wieczór położyć. A myślami cały czas jestem z Mirkiem i z jego ekipą. Zawsze wieczorem zastanawiam się, gdzie oni są. W nocy, jak się budzę, też o tym myślę. I myślę, że nigdy nie będzie już powrotu do poprzedniego życia - przyznaje Magdalena Liberus.

DOSTĘP PREMIUM