Koniec z testami na COVID-19, o których wynik nikt nie zapyta? Rządowy pomysł na apteczne testowanie

Rząd planuje stworzyć punkty testowania na COVID-19 w aptekach. Ta operacja ma zapobiec ustawianiu się horrendalnie długich kolejek przed punktami testującymi metodą PCR. Apteki miałyby wykorzystywać mniej czułe, ale szybkie testy antygenowe. I rejestrować ich wynik.
Zobacz wideo

- To doskonały pomysł, wiele krajów z powodzeniem zrobiło to przed nami - cieszy się w rozmowie z TOK FM mgr Piotr Merks, Przewodniczący Związku Zawodowego Pracowników Farmacji. I postuluje, by wyniki ogólnodostępnych testów aptecznych, które do tej pory nie były rejestrowane, trafiały do oficjalnego systemu.

Wsparcie dla istniejącego systemu testowania jest niezbędne, bo wraz z rosnącą liczbą chorych oraz podejrzanych o zakażenie wyczerpią się możliwości działających dzisiaj punktów publicznych. W takiej sytuacji osoby skierowane na test przez lekarzy rodzinnych oraz domownicy z kontaktu nie mogliby sprawdzić, czy faktycznie są zakażeni i ewentualnie wcześniej zakończyć kwarantannę nałożoną automatycznie wraz z wystawionym zleceniem.

Nie wiadomo na razie, jak dokładnie miałby wyglądać nowy sposób testowania. Dzisiaj test domowy może sobie zrobić każdy, a wyniki nie są zapisywane w systemach sanitarnych. Według szacunków może ich być sprzedawanych nawet 50 tys. dziennie. Popularność aptecznych testów antygenowych potwierdza farmaceuta Piotr Merks. - Są bardzo popularne, ale nikt nie wie, który test daje wynik pozytywny, a który negatywny. Jeśli pacjent z wynikiem pozytywnym jest odpowiedzialny, pójdzie do domu i zrobi sobie kwarantannę, ale pewności w tej sprawie nie ma. I to nie jest dobrze, bo są też osoby, które niosą śmierć, są nieodpowiedzialne, patrząc z punktu widzenia postawy społecznej - wskazywał.

Piąta fala pandemii się rozpędza

A chętnych na takie testy może być w najbliższych tygodniach jeszcze więcej niż dzisiaj. Ministerstwo Zdrowia zakłada, że w szczycie wznoszącej się właśnie fali pandemii będzie nawet ok. 150 tys. stwierdzonych oficjalnie zakażeń. By je wykryć, należałoby wykonać ok. 400 tys. testów (trafność w środę wyniosła ok. 40 proc.). Rząd deklaruje, że maksymalna wydolność systemu PCR to połowa tej liczby. Pozostałą część musiałaby wziąć na siebie inna część systemu opieki zdrowotnej. W tym wypadku część apteczna. - Na Zachodzie takie testy robi się od dawna, chętnych nie brakuje, wygrała dostępność, jest szybko, blisko i bezboleśnie. Farmaceutów przeszkolono, jak wykonywać wymazy z nosa. Poradzili sobie farmaceuci w Włoszech, Holandii, Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, więc my też sobie poradzimy - deklaruje rozmówca TOK FM.

Wyjaśnia, że w krajach, które prowadzą ten rodzaj oficjalnych testów, stosuje się kilka różnych modeli organizacyjnych. W niektórych przed wejściami do aptek stanęły namioty do testowania, w innych wprowadzono "budki testowe", tam, gdzie się dało, zorganizowano osobne wejścia do okienka aptecznego i osobne do testów. - Apteka nigdy nie będzie centrum diagnostycznym, ale wobec spodziewanej wielkiej liczby zachorowań zwiększenie dostępności pomoże na przykład tym, którzy mają daleko do punktu PCR - wskazał Merks.

Wprowadzenie oficjalnych, aptecznych testów antygenowych zapowiedział w środę minister zdrowia. - (...) Tak, żeby każdy obywatel mógł wejść do apteki - przechodząc albo mając kiepskie samopoczucie - i wykonać test antygenowy - tłumaczył Adam Niedzielski. Według ministra wynik testu będzie wpisany do centralnej bazy, aby można było obejmować osoby zakażone nadzorem epidemicznym. Szczegóły mają zostać ogłoszone najwcześniej w piątek. 

DOSTĘP PREMIUM