advert 0:
advert:
device 1:all
device 2:all
advert final:
,
Obserwuj
Mazowieckie

Kłopotliwe polskie jagodzianki. "Nie rozumieliśmy, o co pytają nas klienci"

4 min. czytania
30.06.2024 09:00
- Gdy przychodzili klienci i pytali o jagodzianki, nie wiedzieliśmy, o co im chodzi. Myśleliśmy: przecież mamy bułeczki z wiśniami, z malinami. Takie owoce to po ukraińsku właśnie "jagody". dopiero jeden z dostawców pokazał nam w internecie, co to znaczy "jagody" po polsku - mówi Wasyl, który wraz z żoną Oleną przyjechał do Polski z Ukrainy i prowadzi tu piekarnię.
|
|
fot. Anna Gmiterek-Zabłocka/ Radio TOK FM

Olena i Wasyl przyjechali do Polski z Charkowa. Nie była to ich pierwsza przeprowadzka. Wcześniej mieszkali w Słowiańsku, w obwodzie donieckim. Wyjechali w 2014 roku, gdy Rosjanie zaatakowali Ukrainę. Postanowili przenieść się właśnie do Charkowa i tam założyć własną firmę. Mieli w planach założenie piekarni.

Plan się udał. Piekarnia powstała, nawet niejedna, a cała sieć. - Ostatnią otworzyliśmy w listopadzie 2021 roku. Z kolei pół roku przed 24 lutego 2022 roku kupiliśmy dom - opowiada Olena. - Dziś stoi pusty i zarasta - dodaje smutno Wasyl.

Osiem dni w piwnicy

- Gdy wszystko się zaczęło, było bardzo strasznie. Spadały bomby, latały samoloty, nie było benzyny, brakowało wielu rzeczy. Pierwszy dzień wojny zapamiętam na zawsze. Około 4 nad ranem obudziły nas wybuchy. Domy się trzęsły. Jedna z naszych piekarni mieściła się w starym budynku, gdzie jest duża piwnica i tam spędziliśmy osiem pierwszych dni. Ja, mąż, syn i kot. Był prąd, było też jedzenie, bo akurat dzień wcześniej mieliśmy dostawę produktów - wspomina Olena.

Na początku marca 2022 roku Olena i Wasyl zdecydowali, że wyjadą z Charkowa i pojadą do miasta Dniepr, do znajomych. - Normalnie jedzie się tam dwie godziny, a my jechaliśmy ponad dziesięć! Były ogromne kolejki przy wyjeździe z Charkowa - mówi Olena. W Dnipro też nie czuli się bezpiecznie. Dlatego skontaktowali się ze znajomymi z Polski i w lipcu 2022 roku przyjechali do Warszawy.

Wasyl mógł wyjechać z kraju, bo opiekuje się swoim niepełnosprawnym ojcem, a tacy mężczyźni byli z Ukrainy wypuszczani. Małżeństwo przyjechało do Polski z 16-letnim synem.

Kłopotliwe polskie "jagody"

Pierwszy miesiąc, jak wspominają, był szokiem. Mieli niewiele pieniędzy, żadnej pracy, nie znali języka. - Zastanawialiśmy się, co mamy robić. I postanowiliśmy, że w Polsce też otworzymy piekarnię. Że spróbujemy, że nie możemy dłużej siedzieć i czekać. Szukaliśmy lokalu, w końcu znaleźliśmy odpowiedni, na Woli. I tak się zaczęło - słyszymy od gości TOK FM. Lokal przejęli po gruzińskiej piekarni.

Jak opowiadają, początki nie były łatwe, bo w ogóle nie mówili po polsku. Co więcej, niektóre słowa rozumieli opacznie. - Gdy na przykład przychodzili klienci i pytali o jagodzianki, nie wiedzieliśmy, o co im chodzi. Myśleliśmy: przecież mamy bułeczki z truskawkami, z wiśniami, z malinami. Takie owoce to po ukraińsku właśnie "jagody". I dopiero jeden z dostawców pokazał nam w internecie, co to znaczy "jagody" po polsku - mówi Wasyl.

Nie ukrywają, że biznesowe doświadczenie z Charkowa bardzo im w Polsce pomogło. - Samo założenie firmy nie było trudne. Wczytywaliśmy się w ustawy, pomagali nam koledzy, znaleźliśmy ukraińską księgową. Jeśli płacisz podatki, składki na ZUS, zatrudniasz ludzi na umowach, to nie ma się czego bać - mówi Olena. Większą trudność mieli z... mąką.


- Wszystkie przepisy były i są w mojej głowie. Ale w Ukrainie nie ma tak zróżnicowanych rodzajów mąki jak w Polsce. Dlatego musieliśmy wypróbować, jak to będzie wychodzić. Najpierw piekliśmy na próbę, to wszystko trochę trwało. Próbowaliśmy i próbowaliśmy, aby dobrze dobrać mąkę i proporcje. Musiałem sprawdzić, jaką mąkę zamawiać do pieczenia chleba, a jaką do bułek. I rozdawaliśmy wtedy to pieczywo naszym pracownikom i sąsiadom z okolicznych sklepów - opowiada Wasyl.

Na początku, jak dodaje, stresujące było też zamawianie towaru u dostawców. Bo nie znali zbyt wielu słów i nie zawsze wiedzieli, jak wskazać, co chcą zamówić.

W górach, ale z dala od tłumów? Da się! Pokaż gotowy plan

Olenie i Wasylowi zależało, by stworzyć podobną piekarnie do tych, jakie mieli w Charkowie - gdzie wszystkie chleby, bułki czy słodkości przygotowuje się na oczach klientów. Na początku, jak mówią, było ciężko. Dziś lokal cieszy się popularnością. - Mamy osoby, które przyjeżdżają do nas z Żoliborza, z Mokotowa, z Ursusa, z centrum Warszawy. Ukraińskie rodziny, ale nie tylko. Niektórzy proszą, abyśmy otworzyli kolejne piekarnie, w innych dzielnicach. Na razie mamy w planach Stare Miasto - mówi Olena.

Pieką m.in. chleby i bułki, ale też szereg słodkości - tarty, ukraińskiego Napoleona (ciasto na wzór polskiej napoleonki, ale jednak nieco inne), bułki z malinami czy wiśniami. - Nie używamy dżemów, tylko owoców. Są też bułki na słono, np. z kiełbasą czy kurczakiem. Do tego typowo ukraiński pszenny, biały baton czy nasze serniki i pampuszki z czosnkiem. Robiliśmy też polanicę - to taki tradycyjny ukraiński chleb - opowiada Wasyl.

Gdy pytamy o marzenia, mają przede wszystkim jedno - by jak najszybciej skończyła się wojna. - My tutaj w Warszawie mieszkamy bezpiecznie, spokojnie, a tam, u nas, w Charkowie, spadają bomby. To nie jest normalne - mówi Olena. Oboje marzą też o tym, by zbudować sieć swoich piekarni w Polsce.