,
Obserwuj
Polska

Syreny alarmowe zawyły w Lubartowie. Wiceszef MON o przyczynie

Paweł Soszyński
2 min. czytania
06.12.2025 20:54

Wiceszef MON Cezary Tomczyk powiedział, że użycie syren alarmowych w sobotę rano w Lubartowie było "wypadkiem przy pracy". - Za każdym razem, kiedy pojawia się tego typu sytuacja, myślę, że w ogóle jako społeczeństwo jesteśmy mądrzejsi - stwierdził.

fot. Dawid Żuchowicz, Agencja Wyborcza.pl
  • W sobotę rano w Lubartowie podczas operowania sił powietrznych w polskiej przestrzeni powietrznej w związku z atakami Rosji na Ukrainę zawyły syreny alarmowe, które szybko odwołano;
  • Wiceminister obrony Cezary Tomczyk przekazał, że uruchomienie syren było "wypadkiem przy pracy".

W sobotę nad ranem w Lubartowie (Lubelskie) zawyły syreny alarmowe. Alarm niedługo potem odwołano, bo nie potwierdzono zagrożenia. Miało to związek porannym operowaniem sił powietrznych w polskiej przestrzeni związanym z atakami rakietowymi Rosji na Ukrainę.

Wiceminister obrony narodowej Cezary Tomczyk pytany w sobotę w TVN24 czy syreny te zostały uruchomione słusznie, przekazał, że "był to wypadek przy pracy". Dodał że "lepiej dwa razy włączyć syrenę w taki sposób, niż raz nie włączyć, kiedy naprawdę będzie zagrożenie z powietrza".

Dopytywany, czy taki fałszywy alarm może wpłynąć na wiarygodność następnych potencjalnych alarmów, odparł, że takie sytuacje "zdarzają się dość rzadko", i - jak mówił - "dzięki temu dzisiaj do miliona widzów możemy powiedzieć, jak ważne są te alarmy”. - Za każdym razem, kiedy pojawia się tego typu sytuacja, myślę, że w ogóle jako społeczeństwo jesteśmy mądrzejsi. Trzeba do alarmów, do syren, czyli do modulowanego dźwięku, podchodzić bardzo poważnie, bo on dotyczy możliwego zagrożenia z powietrza - zaznaczył wiceszef MON.

Dodał, że kierownictwo resortu obrony narodowej jest podzielone dyżurami nocnymi, by w razie zagrożenia zareagować i tej nocy. - Nas oficerowie budzą po to, żeby móc wspomóc, zareagować, uruchomić inne elementy państwa, i dzisiaj rzeczywiście wszyscy byliśmy postawieni na nogi bardzo wcześnie, łącznie z wicepremierem, szefem MON Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem - tłumaczył Tomczyk. - Zresztą dwukrotnie, bo najpierw w nocy nalot na Lwów, a później w godzinach porannych poderwanie się rosyjskich myśliwców z hipersonicznymi pociskami, które też mogły zagrozić Polsce - sprecyzował.

Polska poderwała myśliwce

Dowództwo Operacyjne Rodzajów Sił Zbrojnych poinformowało w sobotę po godzinie 4 o rozpoczęciu operowania lotnictwa wojskowego w polskiej przestrzeni powietrznej w związku z aktywnością lotnictwa dalekiego zasięgu Federacji Rosyjskiej wykonującego uderzenia na terytorium Ukrainy. "Poderwane zostały myśliwce, a naziemne systemy obrony powietrznej oraz rozpoznania radiolokacyjnego osiągnęły stan gotowości" - napisano.

Po godz. 8.00 poinformowano, że operowanie lotnictwa wojskowego w polskiej przestrzeni powietrznej zostało zakończone i nie zaobserwowano naruszenia przestrzeni powietrznej RP.

Siły rosyjskie przypuściły w nocy z piątku na sobotę zmasowany atak rakietowo-dronowy na większość obwodów Ukrainy. W obwodzie kijowskim co najmniej trzy osoby zostały ranne - przekazała w Telegramie ukraińska administracja wojskowa. Alarm przeciwlotniczy ogłoszono na całym terytorium tego kraju.

Źródło: PAP, fot. Dawid Żuchowicz, Agencja Wyborcza.pl