`
,
Obserwuj
Polska

Uciekła z dziećmi z Libii do Polski. "Wyrzynali kogo chcieli"

Anna Sapieha
4 min. czytania
22.03.2011 20:03
Zostawiła dorobek całego życia i uciekła z dziećmi do Polski - "Mieli jeden cel: zabić jak najwięcej Libijczyków. Wyrzynali kogo chcieli" - mówi w rozmowie z radiem TOK FM Polka, uciekinierka z Libii.

Iwona (imię na jej prośbę zmienione) wyjechała z Polski w 1987 roku, miała wtedy osiemnaście lat i poślubiła Libijczyka. Mają ze sobą pięcioro dzieci; trzech synów i dwie córki. Najstarszy syn ma 23 lata, najmłodsza córka 12. Kiedy Libię ogarnęła wojna domowa zostawiła dorobek życia i wraz z trójką dzieci uciekła do Polski. Mąż z synami dołączyli po dwóch tygodniach.

Anna Sapieha - Jak żyło się w Libii przed wojną?

Iwona: - Było bardzo spokojnie, czasem aż monotonnie. Mieszkaliśmy w mieście położonym ponad tysiąc kilometrów od Trypolisu, nie zdradzę jednak w jakim. Skończyłam szkołę średnią przy polskiej ambasadzie w Bengazi, potem dwuletnie studium w języku arabskim i zaczęłam pracę w szpitalu, pracowałam m.in. jako radiolog. Poza tym zajmowałam się dziećmi. Wszystko było dobrze. Panował porządek. Jeśli ktoś kogoś zabił albo zgwałcił, to do razu dostawał karę śmierci. Czułam się bezpiecznie.

Dopóki nie zaczęła się wojna...

- Najpierw demonstracje, ludzie wyszli na ulice, w końcu wojsko zaczęło strzelać z broni palnej. W tym czasie pracowałam w szpitalu, widziałam jak umierają młodzi chłopcy, mieli po kilkanaście lat. Było bardzo ciężko. Cały czas żyłam w poczuciu zagrożenia. Każdy z nas bał się, że nie dożyje jutra. Bałam się wyjść z domu, przestałam chodzić do pracy. Zabarykadowaliśmy się w domu i nigdzie nie wychodziliśmy. Mieliśmy w domu zapasy ryżu, mąki i oleju. Strzały było słychać wszędzie. Płonęły banki, sądy i biura.

Ludzie ginęli na ulicach...

- Najgorsze było to, że Kaddafi sprowadził sobie najemników z Afryki. To byli ludzie bez skrupułów. Mieli jeden cel: zabić jak najwięcej Libijczyków. Wyrzynali kogo chcieli. Byli uzbrojeni. Nie patrzyli czy to kobieta czy dziecko. Zabijali każdego kto stanął im na drodze. W wiadomościach pokazuje się głównie duże miasta, ale to samo dzieje się w mniejszych. W szpitalu, w którym pracowałam brakowało miejsc, personelu i lekarstw dla rannych. Przynoszono ich prosto z ulicy. Czasem mogliśmy im tylko założyć opatrunek i dodać otuchy. Wielu z nich umierało. Najemnicy też ginęli, a naród nie chciał im pomagać. Byłam przerażona, nie mogłam tego wytrzymać. Postanowiłam uciec do Polski. Mąż na jakiś czas został z synami. Bałam się, że ich pozabijają. Mąż nie pozwalał synom wychodzić z domu, aby nie wybiegli na ulice i nie wdali się w walki..

I uciekła pani ...

- Byłam w trakcie wyrabiania paszportu dla najmłodszej córki. Formalności załatwiałam w Trypolisie, ale wtedy było tam bardzo gorąco i nie byłam w stanie się tam dostać. Najkrótsza droga wiodła przez Egipt. Z domu wyszłam tak jak stałam. Odwiózł mnie mąż. Zabrałam tylko kilka wartościowych przedmiotów, które mogłabym sprzedać. Pojechaliśmy samochodem. Była też z nami inna Polka. Do Egiptu były trzy godziny drogi. Jechałam z sercem w gardle. Na granicy egipskiej zaryzykowałam i sama wpisałam córkę do paszportu. Udało się. Na granicy młody celnik zawahał się, ale puścił nas. Czułam wtedy wielką ulgę. Najbliższa placówka dyplomatyczna była w Kairze. Jechaliśmy samochodem przez trzy dni. Brakowało nam benzyny, sprzedaliśmy laptopa, aparat fotograficzny oraz komórkę i zatankowaliśmy. Kupiliśmy też wodę mineralną. Jedzenia nie mieliśmy. Kiedy dotarliśmy do Kairu byliśmy wycieńczeni. Pomógł nam polski konsul, który załatwił nam hotel, bilety na samolot i paszport dla córki. Następnego dnia wsiedliśmy do samolotu. 28 lutego przylecieliśmy do Polski.

Pojechaliście do rodzinnego miasta?

- Tak, ale nie powiem do jakiego. Ucieszyli się rodzice, którzy bardzo się o nas martwili. Mieszkaliśmy w malutkim mieszkaniu, spaliśmy na fotelach. Odezwała się rodzina z Łodzi i zaprosiła nas do siebie. Po dwóch tygodniach przyleciał do Polski mąż z synami. Od tej pory jesteśmy razem, u rodziny, choć w osobnych mieszkaniach. Jesteśmy nareszcie blisko siebie. Kiedy przyjechałam do Polski bez męża i synów czułam się jakbym pogubiła swoje dzieci.

Co dalej?

- Brat cioteczny nie będzie nas utrzymywał przez całe życie. W Libii zostawiłam wszystko. Wyszłam z domu tak jak stałam. Pomogła mi opieka społeczna, dostałam tysiąc złotych jednorazowego zasiłku. Kiedy przyjechaliśmy nie mieliśmy nawet szczoteczek do zębów. Moim marzeniem jest pójść do pracy. W Libii było nam łatwo. W Polsce czuję się jakbym spadła z księżyca. Nie wiem jak to będzie. Dzieci muszą się zaaklimatyzować, przecież wyrwałam je z innego świata i przeniosłam do innego. Najstarszy syn skończył w Libii studia i został adwokatem. Drugi studiował medycynę, trzeci uczył się w liceum, a córki w szkole. Poprosiliśmy władze Łodzi o przyznanie nam mieszkania. Radni mają zająć się tym w poniedziałek.

Wyobraża sobie pani powrót do domu?

- Obawiam się, że nie będziemy mieli do czego wracać. Nie wiadomo jak skończy się wojna, nie wiadomo nawet kiedy. Nie mogę skontaktować się z rodziną i przyjaciółmi, którzy zostali w Libii. Nie mamy od nich żadnych wieści. Nie wiem co byłoby gdybyśmy zostali. Powoli ułożymy sobie życie tutaj. Jesteśmy razem, musimy dać sobie radę.