"Lekarze boją się udzielać informacji o aborcji, a nie boją się krzyczeć na pacjentki czy wzywać policję do gabinetu"

- Kobiety, którym każe się donosić ciążę z nieodwracalnym uszkodzeniem płodu, czują się "żywymi trumnami" i mają myśli samobójcze - mówiła w TOK FM mecenas Kamila Ferenc. Działacze z organizacji wspierających kobiety o przypadkach, gdy lekarze nie tylko nie pomagają pacjentkom, ale też nie informują ich o tym, że płód ma rzadką wadę genetyczną (np. cyklopię).
Zobacz wideo

Po październikowym orzeczeniu tzw. Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji liczba tych zabiegów zmniejszyła się w Polsce o połowę. Oczywiście oficjalna liczba. - W praktyce aborcji praktycznie nie ma, takie są konsekwencje wyroku - mówiła w audycji TOK 360 mec. Kamila Ferenc, prawniczka Federacji na Rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. Jak wyjaśniła, wyrok ten "rzutuje na inne przesłanki aborcyjne, legalne". - Mam kilka przypadków klientek, u których było zagrożenie zdrowia, a kobiety były odsyłane ze szpitala. Dla lekarzy ten pseudowyrok jest sygnałem: aborcji ma w ogóle nie być - dodała. 

Według niej jednym z efektów jest również to, "że pacjentki nie mają poczucia bezpieczeństwa", więc nie kończą diagnostyki prenatalnej, tylko usuwają ciążę farmakologicznie bądź wyjeżdżają, by dokonać zabiegu w zagranicznych szpitalach. - Tak bardzo się boją, że w Polsce ktoś je przetrzyma lub skłamie na temat wyników badań - tłumaczyła Ferenc. 

Jak stwierdziła prawniczka, wiele kobiet, którym każe się donosić ciążę z nieodwracalnym uszkodzeniem płodu, czuje się "żywymi trumnami" i ma myśli samobójcze.

Dlaczego lekarze nie reagują?

- Lekarzy ginekologów jest tylu w tym kraju, że mogliby zrobić rewolucję, być z pacjentkami i szukać luk w prawie. Aborcja to jest najczęstszy zabieg ginekologiczny - tak w ostatnim Biuletynie Rewolucyjnym w TOK FM  mówiła z kolei Karolina Więckiewicz, prawniczka z Aborcji bez Granic. Jak dodała, lekarze jednak "sami uważają, że aborcja to jest coś złego".

Prowadząca audycję red. Anna Piekutowska przypomniała historie kobiet, które ostatnio zostały przedstawione podczas wysłuchania zorganizowanego przez Parlamentarny Zespół Praw Kobiet i Zespół ds. Praw Reprodukcyjnych. Przypomniano wtedy m.in. historię pani Uli w ciąży z bliźniętami syjamskimi, które nie byłyby w stanie żyć samodzielnie po porodzie. Dodatkowo sam poród zagrażał życiu kobiety, ale żaden lekarz nie podjął się przeprowadzenia aborcji.

Podczas spotkania w Sejmie mówiono też o historii innej kobiety, której lekarz postanowił nie mówić, że płód ma rzadką wadę genetyczną - cyklopię, czyli jedną gałkę oczną, która powstaje z połączenia dwóch oczodołów. Bo przecież... i tak nie mogłaby nic z tym robić.

Zdaniem Karoliny Więckiewicz działań lekarzy nie można tłumaczyć jedynie obowiązującym w Polsce restrykcyjnymi przepisami dotyczącymi przerywania ciąży.

- Kiedyś wierzyłam, że to jest strach przed karą i przed prokuratorem, ale teraz zgadzam się, że to jest strach przed organizacjami antyaborcyjnymi - mówiła Więckiewicz, dodając, że dla według niej to jest kwestia priorytetów, czy dla lekarza ważniejsza jest wygoda i to, że nikt się go nie czepia, czy pacjentka.

Podkreślała też, że udzielanie informacji, czym jest aborcja farmakologiczna, gdzie ją można dostać, to nie jest przestępstwo. I że lekarze mogliby to robić, nawet nie wypisując recepty na środki poronne. - Jak myślę, że lekarze boją się udzielać informacji, a nie boją się nadużywać klauzuli sumienia, krzyczeć na pacjentki, wzywać policję.... - Więckiewicz nawet nie skończyła zdania. Podkreśliła raz jeszcze, że policji do pacjentki, która zażyła tabletki, nie powinno się wzywać, ponieważ to nie jest przestępstwo. A takie wezwania niestety się zdarzają. 

W Sejmie nie będzie obrad na temat aborcji

Sejm odrzucił wczoraj (19 maja) wniosek Lewicy o włączenie do porządku obrad projektów dopuszczających przerywanie ciąży do 12. tygodnia oraz depenalizujących taki zabieg. Nie będzie także procedowany projekt Koalicji Polskiej w sprawie przywrócenia tzw. kompromisu aborcyjnego.

DOSTĘP PREMIUM