Czy Europa może się uniezależnić od Starlinków Muska? Pomysłów jest kilka
Ta decyzja, dotycząca walczącej ukraińskiej armii, nadszarpnęła zaufaniem do Amerykanów. Chodzi o ograniczenie prędkości internetu w Starlinkach, których używają Ukraińcy, a za które zapłacili Polacy i Niemcy. Z powodu tego ograniczenia Ukraińcy swoimi dronami przechwytującymi nie byli w stanie dogonić i unicestwić rosyjskich dronów siejących w Ukrainie zniszczenie. Starlinki, to układ nerwowy walczącej ukraińskiej armii. Kto zdecydował o ograniczeniach dla Ukrainy? Tropy prowadzą wprost do właściciela Starlinków, czyli do Elona Muska. I choć decyzję już zmieniono, a internet dla Ukrainy znów działa z pełną prędkością, to mleko się rozlało. Europa zaczyna myśleć, czy satelitarny internet Muska da się zastąpić.
Czy Europa dałaby radę uniezależnić się od Starlinków Elona Muska? W tym odcinku powiemy:
- jak ważna okazała się decyzja o zmniejszeniu prędkości satelitarnego internetu dla Ukrainy;
- jak nadszarpnęło to zaufanie do amerykańskiego giganta;
- jakie są pomysły na europejską niezależność.
Ten odcinek zaczniemy od prędkości. Bo to ona w tej historii jest wielkością kluczową. Ograniczenie prędkości na stałe mogłoby zdecydować o losach wojny rosyjsko-ukraińskiej, przeważyć szalę na stronę agresora i zmienić bieg historii. Chodzi o operacje wojskowe w powietrzu i system nawigacji, do którego niezbędny jest Internet. Ale nie taki zwykły, tylko kosmiczny. W tej opowieści powiemy, co wynika dla Europy i dla Ciebie z komercyjnego monopolu jednego z największych biznesów na świecie, na którego czele stoi jeden z najbardziej kontrowersyjnych biznesmenów.
Steruje operator z ziemi, korzystając z internetu. Internet dostaje z kosmosu, konkretnie ze Starlinka, czyli sieci satelitów Elona Muska. Standardowo do tej pory sterowanie było niezależne od prędkości, z jaką dron pędził. Aż do połowy października, gdy maszyny po przekroczeniu 160 kilometrów na godzinę traciły połączenie z operatorem i spadały. Po tym odkryciu część misji całkowicie odwołano. Doganianie odrzutowca z prędkością 100 kilometrów na godzinę to jak ścigać superekspres na rowerze.
Stalinki, Musk i wojna
Co się zatem stało? Do dzisiaj nie do końca wiadomo. Prócz tego, że ktoś tysiące kilometrów od ukraińskiej linii obrony nacisnął jakiś guzik i wyłączył armii Ukrainy możliwość korzystania z satelitarnego internetu do celów militarnych. Czyli połączenia z terminali po przekroczeniu progu, który - w zależności od tego, na czym terminal jest zamontowany - wynosił od 70 do 160 kilometrów na godzinę.
Kto to był? Wersji jest kilka. Sytuacja jest oględnie mówiąc skomplikowana. Terminale, z których korzysta ukraińskie wojsko - w większości - kupiła Polska i wynajęła je Ukrainie. Za korzystanie z wojskowej wersji usługi, czyli tak zwany Starshield, płacą Niemcy przez specjalny fundusz Pentagonu. Starshield to specjalny rodzaj kont "internetowych", który pozwala korzystać z satelitarnego internetu do celów wojskowych. Standardowy abonament na ten rodzaj działalności nie pozwala. Taki abonament wykupiła Polska, a rachunek został wystawiony na polski Instytut Łączności. Ale jak się okazało w tym przypadku hasło "klient nasz pan" nie zadziałało.
I teraz ta część historii, w której gorący kartofel w postaci odebrania Ukrainie możliwości obrony, trafia z rąk do rąk. Do wyłączenia internetu nie przyznali się ani amerykański sekretarz stanu, ani prezydent. Aż na sam koniec podejrzenie padło na właściciela Starlinka. Wtedy o przywrócenie pełnej funkcjonalności satelitarnego internetu Elona Muska prosił Donald Trump. W końcu wszystko wróciło na swoje miejsce. Oprócz zaufania do prywatnej firmy, od której mogły zależeć losy wojny, sytuacja geopolityczna w całym regionie i bezpieczeństwo dziesiątek milionów Europejczyków. A może nawet kształt granic.
Internet i ważne pytania o Europę
Do braku zaufania wrócimy na chwilę. Najpierw o tym, do czego wojsku potrzebny jest ultraszybki internet.
Na początku wojny rosyjskie bomby zniszczyły dużą część naziemnej sieci telekomunikacyjnej Ukrainy. Lukę wypełniły satelity Starlinka. Dziś internet satelitarny pozwala sterować dronami przechwytującymi i dronami średniego zasięgu, służy do organizacji dostaw i ruchów wojsk na froncie. Opiera się na nim szeroka sieć dowodzenia ukraińskiego wojska. Innymi słowy, to nie jest wi-fi w okopie, to jest układ nerwowy armii. Jego inną częścią są oczy: to amerykański system SBIRS, czyli układ satelitów stacjonarnych, które wiszą nad tym samym punktem Ziemi i wypatrują gorącej smugi, pozostawianej przez startującą rakietę balistyczną. To ratujący życie system wczesnego ostrzegania. Plus Starshield, o którym już tutaj słyszałeś, czyli wojskowy abonament w satelitarnym internecie Muska. Europa takiego systemu nie ma. I - jak alarmują eksperci - nie ma nawet planu, żeby stworzyć coś, co mu dorówna.
Ma natomiast forum dyskusyjne. Na temat tego, co mogłoby Europę od amerykańskiej prywatnej łączności uniezależnić. Pomysłów jest kilka, żaden nie jest idealny, żaden nie leży w zasięgu ręki.
Bramka numer jeden: dwie europejskie firmy francuski Eutelsat i SES, które są najbliżej startu. Mają dużo mniejszą pojemność i przepustowość niż Starlink, ale w średnim terminie to one są najlepiej przygotowane do przejęcia europejskiej komunikacji. Najmocniejszą kartą jest Eutelsat, który w 2023 roku połączył się z brytyjskim OneWebem. Ma około 600 satelitów na niskiej orbicie. Kontroluje go francuski rząd. Problemy są dwa. Satelity europejskie krążą wyżej niż amerykańskie, a terminale Starlinka są mniejsze i łatwiej je mocować na przykład na dronach. I w firmę trzeba zainwestować miliardy euro.
Bramka numer dwa: budowa od zera. Tu Europa ma plan pod wezwaniem greckiej bogini, czyli IRIS2. To unijna sieć bezpiecznej łączności satelitarnej, w którą zaangażowany jest między innymi Eutelsat. Docelowo ma mieć prawie 350 satelitów, a działać miałaby od 2030 roku. Problem jest natury logistycznej. Europejskie rakiety jednorazowego użytku wynoszą na orbitę satelity mniej więcej 10 razy w roku. SpaceX startuje rakietami wielokrotnie używanymi... średnio co dwa dni. W ubiegłym roku wyniósł ponad 3 tys. sztuk!
Bramka numer trzy: znaleźć wspólnika. Pierwszy kandydat to Kanada. Firma Telesat buduje sieć Lightspeed, która ma ruszyć w przyszłym roku. Kanada jest zresztą dziś, nowym najlepszym przyjacielem Europy. Więc do całości obrazka pasuje. Ale tu ostatecznej decyzji na razie brak.
Bramka numer cztery. Tu nie chodzi o to, by mieć coś swojego, ale o to by inni nie rośli w siłę. Jak twierdzą znawcy tematu, rozwiązanie najbardziej ryzykowne. Chodzi o częstotliwości radiowe, które rozdziela Unia Europejska, częstotliwości specjalne, bo pozwalające satelitom łączyć się bezpośrednio z telefonami komórkowymi. SpaceX chce taką częstotliwość dla Starlinka mieć, by w Europie konkurować z tradycyjnymi operatorami. Europejczycy chcą tę ekspansję zablokować lub co najmniej mocno utrudnić. A to może Elona Muska mocno zaboleć, bo dostęp do europejskiego rynku jest kluczowym elementem planów wzrostu Starlinka. To obietnica złożona inwestorom przy wejściu SpaceX (właściciela Starlinka) na giełdę, w największym rynkowym debiucie w historii.
Na koniec podsumowanie w kilku słowach: diagnozę mamy. I kilka sposobów kuracji też. Tylko decyzji brak. I to w dziedzinie, w której "za późno" oznacza sekundy, a nie miesiące czy lata.
Źródło: TOK FM