,
Obserwuj
Polska

Tak wygląda życie w "wychowku". Gdzie są strażnicy?"

7 min. czytania
01.11.2026 13:42

"Wciąż mam przed oczami swój pierwszy dzień w wychowku. Pamiętam moment, gdy na horyzoncie pojawił się przysadzisty budynek z kratami w oknach. Potem zobaczyłem boisko do piłki ręcznej, komin starej kotłowni, betonowy plac na węgiel i ogrodzenie przypominające relikt minionej epoki. Wyglądało to jak kadr z filmu o zakładzie karnym sprzed pół wieku. Czułem niepokój, ciekawość i coś jeszcze - jakby mój własny stereotyp stał obok mnie i szeptał: 'Musisz być twardy'. Ten szept wrócił później, gdy podjąłem decyzję o zdjęciu krat z okien". Publikujemy fragment książki Mariusza Dobijańskiego pt. "Nazywają ich patologią. Opowieści dyrektora ośrodka wychowawczego".

Ośrodek wychowawczy (zdjęcie ilustracyjne)
Ośrodek wychowawczy (zdjęcie ilustracyjne)
fot. Tomasz Fritz / Agencja Wyborcza.pl

Poniższy fragment pochodzi z książki autorstwa Mariusza Dobijańskiego pt. "Nazywają ich patologią. Opowieści dyrektora ośrodka wychowawczego", która ukazała się 14 października 2026 roku nakładem wydawnictwa Feeria.

- Czy w tym miejscu jest tak jak w więzieniu? - zapytała kiedyś matka jednego z chłopaków, oddając go pod moją opiekę. - Krzyczą na nich? Zamykają ich w celach? - dopytywała półgłosem, jakby się bała, że ktoś ją podsłucha.

W założeniach ośrodek ma się niewiele różnić od zwyczajnej szkoły i zwyczajnego internatu. Rozbrzmiewa tu dzwonek, są korytarze, sale lekcyjne, boisko i hałas na przerwach, są pokoje, do których się wraca po lekcjach. W powszechnym wyobrażeniu wychowek nie jest jednak ani szkołą, ani internatem. Jest raczej czymś pomiędzy więzieniem a koszarami. Poza tym społeczeństwo oczekuje cudów: że po roku czy dwóch chłopak wyjdzie z tego miejsca "naprawiony", posłuszny i przewidywalny.

Ten stereotyp funkcjonuje nie tylko wśród osób z zewnątrz, ale także w środowiskach, które teoretycznie powinny mieć na ten temat szerszą wiedzę - w edukacji, sądach i policji. Wszyscy noszą w głowach ten sam obraz: surowa dyscyplina, twarde zasady oraz system kar i nagród, który ma "wytresować" młodego człowieka jak krnąbrne zwierzę.

A potem przychodzą do nas i się dziwią.

- To oni mogą normalnie chodzić po terenie? - zapytał policjant, który przywiózł jednego z chłopców, kiedy zobaczył wychowanków grających w piłkę na boisku, siedzących na ławkach przy wodnej kaskadzie i chodzących swobodnie po ogrodzie.

- Mogą - odpowiedziałem.

- Bez strażników?

Spojrzałem na niego i przez chwilę nie wiedziałem, czy się śmiać, czy tłumaczyć.

Podobne zdziwienie dostrzegam też u innych osób odwiedzających placówkę. Patrzą na zwykłe drzwi i na okna, z których już jakiś czas temu zniknęły kraty, a także na chłopaków, którzy swobodnie ich mijają, i w ich oczach widać to samo pytanie: "Jak to? Dlaczego nikt ich nie pilnuje? Gdzie są strażnicy?". Bo w zbiorowej pamięci zapisał się obraz resocjalizacji jako systemu opresji: małe cele, woda i suchy chleb, praca przymusowa i kara za każdy błąd. To spuścizna po wiekach, w których wierzono, że człowieka można naprawić, łamiąc go. Ten sposób myślenia wraca do mnie także na uczelni.

- A jak ich pan ustawia? - zapytał mnie kiedyś student po wykładzie. - Jak pan wymusza posłuszeństwo?

- Nie ustawiam - odpowiedziałem spokojnie. - Rozmawiam. Buduję relację. Przekonuję.

Popatrzył na mnie z rozczarowaniem.

Prawda jest taka, że siła tych stereotypów działa także na same placówki. Zresztą, jak już wspominałem, ja też nie byłem od nich wolny. Wciąż mam przed oczami swój pierwszy dzień w wychowku. Pamiętam moment, gdy na horyzoncie pojawił się przysadzisty budynek z kratami w oknach. Potem zobaczyłem boisko do piłki ręcznej, komin starej kotłowni, betonowy plac na węgiel i ogrodzenie przypominające relikt minionej epoki. Wyglądało to jak kadr z filmu o zakładzie karnym sprzed pół wieku. Czułem niepokój, ciekawość i coś jeszcze - jakby mój własny stereotyp stał obok mnie i szeptał: "Musisz być twardy". Ten szept wrócił później, gdy podjąłem decyzję o zdjęciu krat z okien.

- To niebezpieczne - powiedział jeden z pracowników.

- A co, jeśli uciekną? - zapytał inny.

- To rozluźni dyscyplinę - zawtórował kolejny.

- To przywróci godność - odpowiedziałem im.

Wprowadzałem zasady, które mówiły jasno: wychowanek to człowiek, a nie obiekt. To dziecko, o które nikt wcześniej nie zadbał. Ono ma prawo do szacunku, własnego głosu i swojego sposobu myślenia. Kiedy o tym mówiłem, dostrzegałem w oczach części załogi ten sam lęk, który widziałem w oczach rodziców, policjantów i wszystkich tych, którzy zagościli w naszych progach - bo łatwiej wierzyć w kraty niż w relację. A ja wiedziałem już wtedy, że jeśli mamy kogokolwiek w tym miejscu zmienić, to nie pod wpływem zamykania, lecz otwierania. Drzwi. Rozmów. Możliwości. I wbrew wiekowej mitologii resocjalizacji wciąż w to wierzę.

Jednocześnie doskonale zdawałem sobie sprawę, że zmiana podejścia, którą chciałem wprowadzić, nie będzie łatwa, bo wychowanek, zwłaszcza na początku pobytu w ośrodku, często sprawia wrażenie, jakby pałał nienawiścią do ludzi i miejsca, którzy go otaczają, albo miał wszystko w nosie. Często bywa w tym okresie szczególnie agresywny. Niemal zawsze padają też słowa: "Jestem w syfie!". Czasem wypowiadane z wściekłością, czasem z rozpaczą, czasem jak gorzka konstatacja. Dla mnie te słowa są czymś więcej niż przekleństwem. To od nich zaczyna się proces, który ma trwać miesiącami: oswajanie miejsca, ludzi oraz zasad i stopniowe budowanie zaufania, jakby ktoś sklejał rozbitą filiżankę.

Patrzę na tych chłopaków i wiem, że właśnie w ich złości, w lęku i zwątpieniu kryje się szansa. Bo tylko ktoś, kto czuje, że jest "w syfie", może kiedyś zapragnąć z niego wyjść. Trudno zresztą oczekiwać, by człowiek zaakceptował nieznane, obce miejsce, które od pierwszej chwili pachnie przymusem. Tutejszą rzeczywistość przenikają przecież zasady, które z perspektywy dotychczasowych doświadczeń wychowanków wydają się kompletnie niezrozumiałe i którym nie potrafią oni zaufać na tyle, by w ogóle spróbować je pojąć.

Redakcja poleca

Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że jeśli wychowanek ma się wzmocnić w ośrodku, a nie tylko odsiedzieć swój czas, to nie może "polubić" tego miejsca ani jedynie podporządkować się panującym tu zasadom. Ma po prostu przestać widzieć w tym miejscu wyłącznie wroga, a naszą rolą jest zrobić wszystko, by znalazł tu choćby maleńki kawałek sensu - wystarczający, by któregoś dnia przestał się zastanawiać, jak stąd uciec, a zaczął pytać, jak z tego wyjść. Akceptacja nie zaczyna się jednak od zgody na regulamin, tylko od drobiazgów - od tego, że ktoś nie podniesie głosu w sytuacji, kiedy teoretycznie powinien, że zapyta, zamiast rozkazać, że wytrzyma złość chłopaka, nie odpłacając własną furią. Ona zaczyna się wtedy, gdy chłopak poczuje, że w wychowku nie musi cały czas walczyć o przetrwanie, bo ktoś za niego bierze odpowiedzialność. Kiedy zda sobie sprawę, że ten ktoś robi to nie po to, żeby go upokorzyć, ale żeby go utrzymać w ryzach, kiedy on sam nie potrafi.

Dopiero wtedy może wydarzyć się coś, co z zewnątrz wygląda niepozornie, a wewnątrz jest rewolucją: chłopak przestaje sprawdzać, jak obejść system, a zaczyna sprawdzać, czy ktoś tu naprawdę jest dla niego. Zaczyna słuchać nie dlatego, że musi, tylko dlatego, że wreszcie ma po co. Ale to nie dzieje się szybko. Dlatego, kiedy słyszę: "Jestem w syfie", nie odpowiadam: "Przyzwyczaisz się". Nie obiecuję, że będzie łatwo. Wiem, że nie będzie. Myślę raczej: "Dobrze, że to czujesz". Bo świadomość upadku bywa początkiem podnoszenia się.

Zresztą ja sam, kiedy patrzyłem z perspektywy kuratorium, też miałem mnóstwo uprzedzeń do tego miejsca i jego wychowanków, a moje podejście nie zmieniło się od razu. Dopiero z czasem zacząłem tak naprawdę widzieć w tych chłopakach nie "przypadki", nie "jednostki zdemoralizowane", ale ludzi. Bezradnych, czasem agresywnych, często zagubionych - rozstrojonych emocjonalnie jak instrument, na którym od dawna nikt nie grał. Zobaczyłem chłopców, których system - szkoła, rodzina i środowisko - powoli wypychał poza nawias, aż w końcu zrobił to, co umie najlepiej: zawnioskował o środek wychowawczy i umieścił ich tutaj. Wbrew ich woli. W miejscu, w którym nikt nie chce być. Za czyny, które bardzo często były pokłosiem zaniedbań ich opiekunów czy bliskich oraz doświadczanej przemocy.

Redakcja poleca

A wtedy stało się dla mnie jasne coś, co wcześniej znałem jedynie z podręczników i opracowań: ci chłopcy nie trafiają do ośrodka po zmianę. Trafiają do niego zagubieni, przerażeni i przekonani, że właśnie stracili resztki wpływu na własne życie. Dlatego krzyczą i prowokują. Dlatego sprawdzają, jak daleko mogą się posunąć. Świat od dawna uczył ich jednego - że przetrwają tylko wtedy, gdy pierwsi zaatakują albo nie okażą słabości. Atakują więc i rzucają mi w twarz: "Jestem w syfie". Tyle że oni w gruncie rzeczy nie mówią o ośrodku. Mówią o swoim życiu, a robią tak, bo próbują przetrwać. Kiedy to pojąłem, poczułem, jak przesuwają się we mnie akcenty. Z "jak utrzymać porządek" na "jak nie dołożyć krzywdy". Z "jak ich ustawić" na "jak ocalić, nie odbierając godności". Z "jak sprawić, żeby byli posłuszni" na "jak sprawić, żeby choć na chwilę przestali walczyć z całym światem".

Wciąż jednak pamiętam, że na początku pracy w ośrodku groziło mi coś podobnego, co moim nowym wychowankom. Choć się do tego nie przyznawałem przed sobą, to i ja chciałem tu jedynie "przetrwać", odhaczyć punkty, zrobić porządek i wrócić do świata, w którym wszystko jest przewidywalne. Dopiero później zrozumiałem, że jeśli uznam to miejsce wyłącznie za syf, stanę się częścią problemu. I że moim zadaniem jest być może coś pozornie mało znaczącego, a w istocie fundamentalnego: sprawić, by to miejsce nie było syfem. By stało się namiastką normalnego świata, w którym zasady nie są narzędziem dominacji, tylko gwarancją przewidywalności. W którym dorosły nie jest zagrożeniem, lecz punktem odniesienia. W którym można upaść i nie zostać zdeptanym. Bo dopiero gdy człowiekowi pozwoli się oddychać, jest w stanie myśleć. A tylko jeśli myśli, ma szansę wybierać inaczej.

Posłuchaj: