"Właśnie słychać kolejne eksplozje". Dziennikarz relacjonuje sytuację w Kijowie
Nad ranem rozpoczęła się rosyjska inwazja na Ukrainę. Z doniesień mediów wynika, że w wielu miejscach kraju słychać było wybuchy, w Mariupolu i Odessie wylądowały rosyjskie jednostki wojskowe, a rosyjskie wojska przekroczyły granicę w okolicach Charkowa.
Zbigniew Parafianowicz z 'Dziennika Gazety Prawnej', który jest teraz w Kijowie, potwierdził w rozmowie z Piotrem Maślakiem, że w Kijowie słychać było i wciąż słychać wybuchy. - Było to około 10, może kilkunastu wybuchów, szyby w oknach się trzęsły. Z informacji, jakie mamy, wynika, że to był atak w okolicach lotniska Boryspol, prawdopodobnie były to pociski manewrujące. Wyglądało to jak punktowe uderzenia, nakierowane na osłabienie infrastruktury wojskowej - relacjonował. W czasie kilkuminutowej rozmowy ponownie słychać było wybuchy. Dodał jednak, że wydaje się, iż Kijów działa normalnie, jest prąd i internet. - Poranny ruch jest taki jak zawsze - mówił. Jak dodał, na ulicach ukraińskiej stolicy w tym momencie - czyli w czwartkowy wczesny poranek - nie ma.
Jak przyznał, od wczoraj w Ukrainie czuło się przekonanie, że inwazja jest pewna, że jest kwestią dnia czy dwóch. - Wczoraj wydawało się, że w otoczeniu Zełenskiego nikt nie miał wątpliwości, że do tego ataku dojdzie. Wcześniej uspokajano sytuację, by z Ukrainy nie uciekały pieniądze - tłumaczył. Jak dodał, pytanie jest o skalę inwazji - o to, czy Władimir Putin poprzestanie na atakach z powietrza, czy też będzie to też operacja lądowa. Pierwsze doniesienia mówią jednak, że rosyjskie wojska przekroczyły ukraińską granicę.