Apelują, żeby zapalić "zielone światło" migrantom. "Tych ludzi nie zabija się kulami, ale zimnem i chłodem"

Zielone światło - to pomysł na pomaganie migrantom na polsko-białoruskiej granicy. Akcję wymyślił mieszkaniec jednej z okolicznych wiosek, prawnik Kamil Syller. Jak mówi, chodzi o to, by uchodźcy wiedzieli, że są ludzie, którzy chcą ich nakarmić, dać ciepłe ubrania czy pozwolić się wykąpać. By nie czekali w lasach do momentu skrajnego wyczerpania czy agonii.
Zobacz wideo

Zielone światło dla przybysza - to pomysł na pomaganie migrantom na polsko-białoruskiej granicy. Chodzi o danie rodzinom z Konga, Afganistanu czy Iraku jasnego sygnału - gdy zobaczą zielone światło, będą wiedzieć, że to jest dom, do którego można zapukać po pomoc. Informacje o pomyśle z Podlasia pojawiły się już na zagranicznych profilach w internecie. Akcję wymyślił mieszkaniec jednej z okolicznych wiosek, prawnik Kamil Syller.

Nie słuchasz podcastów? To dobry czas, by zacząć. Dostęp Premium za 1 zł!

Anna Gmiterek-Zabłocka: Namawia pan mieszkańców strefy stanu wyjątkowego i tych, którzy mieszkają poza strefą, ale blisko - by zapalali przed domem zielone światło. Dla uchodźców i migrantów, którzy błąkają się po lasach. By wiedzieli, że ci, którzy w tym domach mieszkają, nie odmówią pomocy. Skąd pomysł?

Kamil Syller: Ten pomysł wziął się z naszej bezsilności, bo okazuje się, że uchodźcy wolą trwać w lesie niż poprosić o pomoc, nawet narażając się na śmierć. To jest ich wybór, wynikający z tego, że panicznie boją się wywózki z powrotem na Białoruś. Część z nich była wywożona po kilkanaście razy, jak informatyk z Afganistanu, który trzynasty raz wraca do Polski.

Błąkają się po lasach. Wiem, że są wyziębieni, a często całkowicie wyczerpani.

Dokładnie, oni już nie widzą dla siebie nadziei. I właśnie dlatego uznałem, że naszą rolą powinno być nie tylko szukanie ich w lesie, by pomóc. Ale musimy też zrobić coś, żeby ich z tego lasu wyciągnąć, by tak łatwo nie godzili się na śmierć. Musimy dać im jakiś sygnał i nim jest to zielone światło. Proszę, by - jeśli tylko starczy im sił na dotarcie do najbliższej wioski - rozejrzeli się, czy jest takie światło. Chodzi o to, by nie czekali, aż zupełnie opadną z sił. Bo wtedy na pomoc może być za późno. Wystarczy, że w każdej wiosce będzie jedna osoba, która to zrobi, a uchodźca będzie wiedział, że ma gdzie zapukać.

Zapukać i poprosić o coś do jedzenia, ciepłe, suche ubranie czy możliwość chwili odpoczynku. Nie boicie się - takie pytania widziałam m.in. na Twitterze i Facebooku? Ja wiem, że pomagania nie można się bać, ale takie pytania są.

Tak, znamy wszystkie ryzyka. Wiemy, że część działań, które prowadzimy, może być przez niektórych uznawana za czyny karalne - pomocnictwo w nielegalnym przekraczaniu granicy. Oczywiście tak nie jest, ale ktoś może tak uznać. Chodzi tu np. o kwestię podania informacji człowiekowi, gdzie on jest i gdzie są właściwe kierunki. My to wiemy - wiemy, że zielone lampy też mogą przyciągać też Straż Graniczną, ale musimy wyważyć wszystkie racje. Tu chodzi o nasze człowieczeństwo - nie możemy się godzić, by ludzie umierali w lasach.

Na portalach społecznościowych jest coraz więcej wpisów mieszkańców, którzy mówią, że pomagają i będą pomagać, że nie chcą już więcej zawiadamiać o uchodźcach Straży Granicznej, bo nie chcą w ten sposób skazywać ludzi na śmierć. Pan też ma takie sygnały?

Oczywiście. My mówimy w tej chwili wyłącznie o życiu i śmierci, a nie o innych wartościach jak godność, czyjeś prawa, smutek czy radość. I tak - ta pomoc się w tej chwili rozwinęła.

A pan sam czuje się trochę jak osoba, która działa w konspiracji?

Oczywiście. Nigdy się nie spodziewałem, że opowieści, które czytaliśmy z czasów II wojny - staną się naszą rzeczywistością. Jest grupa ludzi, na którą ktoś poluje, ta grupa ludzi ucieka i ukrywa się. Nie grozi jej - przynajmniej po naszej stronie granicy - śmierć od kuli. Ale tych ludzi zabija się dzisiaj nie kulą, ale chłodem, zimnem, po prostu. W takich warunkach pogodowych, jakie mamy, przy temperaturach poniżej zera, teraz to już nie jest zwykłe wywiezienie do lasu. To jest wywiezienie do lasu, w które jest wkalkulowane to, że ta osoba zginie.

Wiem, że pomoc, która płynie do was - na rzecz migrantów - z całej Polski jest ogromna. Pan też dostaje paczki z darami?

Tak, ja czekam na dwie europalety rzeczy i więcej nie przyjmę, nie zmieszczę. Ubrania dla dzieci, odzież, jedzenie, buty, powerbanki. W tych paczkach jest też coś, co bardzo doceniają ludzie z granicy, którzy trafiają do szpitala - chodzi o zwykłe szczoteczki do zębów, pasty. To są ludzie tacy jak my. Byli urzędnikami, filmowcami, fotografikami, informatykami - marzą, by im było ciepło i by umyć zęby. To są teraz ich podstawowe potrzeby. I część osób, które przesyłają pomoc - te potrzeby wspaniale odgaduje.

DOSTĘP PREMIUM