Sytuacja na granicy nie zniknęła. W lasach na Podlasiu wciąż są ludzie. "Wiązanie ich z jakimś zagrożeniem jest absurdem"

Aktywiści podają, że w lasach na Podlasiu wciąż są ludzie. Tylko do 17 grudnia zanotowano 92 wyjazdy interwencyjne, a o pomoc poprosiło 311 osób, w tym 11 dzieci. - Mogłoby się wydawać, że wraz z nadejściem zimy sytuacja na granicy się ustabilizowała. Tak jednak nie jest: kobiety, dzieci i mężczyźni wciąż są w lesie - wskazuje Grupa Granica.
Zobacz wideo

W święta Bożego Narodzenia aktywiści i wolontariusze też są na granicy. Mają dyżury, bo sygnały o tym, że ktoś potrzebuje pomocy, pojawiają się codziennie. Choćby jeden z ostatnich - o młodej dziewczynie w lesie, bez rodziców, czekającej na decyzję Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w sprawie objęcia jej ochroną. - Nie chciała z tego lasu wyjść mimo oferowanej pomocy. Bała się, że ktoś ją wyda i że będzie musiała wracać na Białoruś - opowiada Kamil Syller, jeden z mieszkańców Podlasia. Jest prawnikiem. To on wymyślił akcję "Zielone światło dla uchodźców" - chodziło o pokazanie tym, którzy potrzebują wsparcia, że mogą zapukać do domu, przy którym pali się zielona latarenka. 

Uchodźcom w lasach pomaga też Katarzyna Wappa, nauczycielka języka angielskiego, aktualnie na dłuższym urlopie w szkole.

- Na początku zareagowałam na zbiórkę ubrań, którą znalazłam na Facebooku. Wyjęłam z szaf kurtki, buty, swetry. Ale powiedziałam też aktywistom, że jestem na miejscu i jeśli jest możliwość bardziej aktywnego zaangażowania, to chcę się włączyć. I tak się stało. Jedna z moich pierwszych akcji to była pomoc grupie ludzi w Puszczy Białowieskiej - opowiada pani Kasia. - Zobaczyłam osoby w takim położeniu, jakiego nigdy bym się nie spodziewała w czasach pokoju. I wtedy upewniłam się, że jeśli jakikolwiek człowiek w moim otoczeniu będzie potrzebować pomocy, to ja absolutnie nie mogę stać z boku - dodaje nasza rozmówczyni.

Ci, którzy byli w lasach, wielokrotnie podkreślają, że uchodźcy - wbrew temu, co mówi władza - nie są agresywni, na nikogo nie napadają ani nikogo nie atakują. Wprost przeciwnie - są wycieńczeni, wyziębieni, głodni. Błagają o pomoc. To oni się boją - pobicia, agresji, nienawiści. Boją się wywózek na Białoruś (niektórzy byli wywożeni nawet po kilkanaście razy). Boją się widoku munduru. - Wiązanie tych ludzi z jakimś zagrożeniem dla nas Polaków - jest absurdem. To abstrakcja - mówi Kamil Syller. Wiele razy był w lesie sam, bo takie były warunki. Pomagał, jak mówi, bez strachu o siebie.

- Uchodźcy muszą się ukrywać w lesie, cierpią bez wody, jedzenia, lekarstw. Wiem, że wiele mnie różni z tymi ludźmi, ale coś, co jest dla mnie największą wartością, to ludzkie życie. Dlatego postanowiłam, że zrobię co mogę, by to życie - w każdym przypadku - mogło trwać jak najdłużej - wyjaśnia z kolei Katarzyna Wappa. Jej telefon też codziennie jest "na czuwaniu" - gdy odbiera wiadomość, że ktoś potrzebuje wsparcia, wsiada do samochodu i jedzie. Bez wahania.

"To jest coś w rodzaju wojny"

Ostatnie miesiące to całkowita zmiana życia także dla Agnieszki Sadowskiej, mieszkanki Podlasia, która od prawie 30 lat jest fotoreporterką "Gazety Wyborczej". Brała udział w kilkunastu interwencjach w lesie. Robiła zdjęcia, ale też dzieliła się tym, co miała przy sobie: kanapkami, wodą, ciastkami. - To, co dzieje się na granicy, to od początku jest zawodowe wydarzenie mojego życia. Dla mnie to jest coś w rodzaju wojny, która tutaj się wydarzyła. Czułam, że dzieje się historia - mówi Agnieszka.

Na początku mieszkańcy mieli sygnały o niewielkich grupach, które przekraczają granice; potem było to 200-300 osób dziennie. - W kulminacyjnym momencie pojawiły się informacje o 500-600 osobach dziennie, więc to naprawdę obrazuje skalę - dodaje.

"Można bronić granicy, zachowując humanitaryzm"

Agnieszka zwraca też uwagę na traktowanie uchodźców przez funkcjonariuszy w mundurach, m.in. na "wpychanie" ich na wysokie wojskowe ciężarówki i wywożenie na Białoruś w ramach tzw. pushbacków. - Część osób nie potrafiła sama wejść na taką wysoką ciężarówkę, inne - nie były w stanie, bo po prostu nie miały siły, więc były wciągane. Mam takie zdjęcia, gdzie obok stoją żołnierze z długą bronią, jakby zasłaniając tym ludziom możliwość ucieczki. Do tego dwóch żołnierzy siedzi na ciężarówce, również z bronią. To są obrazy wojenne. Czy tego rodzaju zabiegi muszą być tam stosowane? Naprawdę, można bronić naszej granicy, ale zachowując humanitarną twarz - mówi Sadowska.

- To aktywiści, wolontariusze, mieszkańcy Podlasia pokazują, co to znaczy być człowiekiem. Wiem, że to brzmi górnolotnie, ale - przy okazji sytuacji na granicy - te pojęcia, które wydawały nam się górnolotne, zaczęły być absolutnie zasadne i zaczęły być podstawowymi pojęciami - dodaje Kasia Wappa.

Jeśli - w ramach świątecznego prezentu - ktoś chciałby wesprzeć np. Stowarzyszenie Homo Faber, które działa w ramach Grupy Granica - można to zrobić wirtualnie. Każda osoba, która chce pomóc, a nie bardzo wie jak, może wykupić "pokój" w Polskiej Gościnie, a cały dochód z "rezerwacji" trafi do tych, którzy tego potrzebują. Szczegóły można znaleźć tutaj.

DOSTĘP PREMIUM