Czy stan wyjątkowy jest legalny? Aktywiści chcieli, by na to pytanie odpowiedziały sądy. Nie udało się

Marcin Skubiszewski i Marek Epler wystąpili o zezwolenie na zorganizowanie zgromadzenia publicznego w dwóch różnych miejscach w strefie stanu wyjątkowego. Samorządy odmówiły, dlatego sprawy trafiły do sądów: w Białymstoku i Lublinie. Sądy decyzję gmin utrzymały, ale nie decydowały się na zajęcie stanowiska w sprawie legalności stanu wyjątkowego.
Zobacz wideo

Zgromadzenia, które chcieli zorganizować Marcin Skubiszewski i Marek Epler, miały się odbyć 17 września, w rocznicę agresji sowieckiej na Polskę. Chodziło m.in. o potępienie wojen, przypomnienie, że Polacy też kiedyś byli uchodźcami. Chcieli okazać solidarność z migrantami, którzy obecnie próbują dostać się do Polski. Zdaniem aktywistów fakt, że polskie władze im to uniemożliwiają, jest niehumanitarny i nieludzki.

Skubiszewski chciał zorganizować swój protest w Terespolu, Epler w Usnarzu Górnym. Samorządy odmówiły zgody. Dlatego sprawy trafiły do sądów: w Białymstoku i Lublinie. Aktywiści zamierzali udowodnić przed sądem, że stan wyjątkowy został wprowadzony nielegalnie. Między innymi dlatego, że nie określono konkretnie przyczyn jego wprowadzenia oraz że nie można rozporządzeniem zakazać gromadzenia się i zrzeszania. "Oba rozporządzenia (Prezydenta i Rady Ministrów - przyp. red.) przewidują zakaz zgromadzeń, mimo że nie doszło do wojny i nie stwierdzono innego niebezpieczeństwa publicznego zagrażającego życiu - a więc naruszają art. 15 ust.1 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka" - podnosili skarżący.

Jak mówi Marek Epler, chodziło o pokazanie, że stan wyjątkowy nie powinien mieć miejsca. - Naszym prawem jest protestować. Naszym prawem jest pomagać ludziom, którzy są w potrzebie, a nie zamykać ich w kordonie policyjnym czy wojskowym i skazywać na śmierć głodową lub z wyziębienia. To, co robi polski rząd, to jest tragedia - ocenia.

Aktywiści w swoich odwołaniach do sądów wskazywali, że zgodność rozporządzeń (w tym tych o wprowadzeniu stanu wyjątkowego) podlega kontroli sądów powszechnych i że sądy powinny się tym zająć. Sądy nie zgodziły się jednak z tą argumentacją, choć uzasadnienia - w przypadku Lublina i Białegostoku - były inne.

Sąd w Lublinie podał, że "podziela ugruntowane poglądy, że wolność zgromadzeń pełni doniosłą rolę w demokratycznym państwie prawnym, jest warunkiem istnienia społeczeństwa demokratycznego". Napisał też o "bulwersujących informacjach o traktowaniu cudzoziemców na granicy", ale jednocześnie zaznaczył, że bez względu na to, jakie by one nie były - "przedmiotem tego postępowania jest badanie jedynie prawidłowości lub nieprawidłowości decyzji zakazującej organizacji zgromadzenia na gruncie obowiązujących przepisów i aktów prawnych". Sąd uznał, że w tym postępowaniu - badanie legalności czy zasadności wprowadzenia stanu wyjątkowego byłoby niedopuszczalne.

Nic się nie stało?

Uzasadnienie decyzji sądu w Białymstoku wskazuje, że sąd uznał, że nic mu nie wiadomo, by na granicy działo się coś złego. "Skarżący przedstawia negatywny obraz uchodźców koczujących na granicy, którym polskie władze administracyjne odmawiają pomocy, nie przyjmują wniosków o azyl, uniemożliwiają pomoc ze strony wolontariuszy, czym naruszają opisane w Konstytucji unormowania, ale także normy opisane w aktach prawa międzynarodowego. Ten obraz (poza faktem przebywania grupy imigrantów tuż przy granicy Państwa Polskiego) nie został uprawdopodobniony jakimikolwiek dowodami" - napisał białostocki sąd.

W wyroku jest coś jeszcze: "Sąd ustalił, że z wielu medialnych doniesień, i to z wiarygodnych mediów, wynika, że do Polski, w sposób nielegalny, czyli poza przejściami granicznymi przybywają imigranci pochodzący z różnych krajów, którzy do sąsiedniego kraju - Republiki Białorusi przybywają całkowicie legalnie, w zorganizowany sposób, z akceptacją, a co najmniej milczącym przyzwoleniem władz tego kraju".

Sąd wskazał również, że Polska chciała dostarczyć migrantom pomoc humanitarną "w postaci transportu środków podstawowych niezbędnych do zapewnienia minimum godnego bytowania uchodźców" i że pomoc ta - namioty, śpiwory, odzież, jedzenie - nie została przyjęta.

Sąd nie dodał jednak, że już pod koniec sierpnia Europejski Trybunał Praw Człowieka nakazał Polsce zadbanie o uchodźców i dostarczenie im żywności, ciepłych ubrań czy lekarstw. I nie chodziło o "transport humanitarny", ale o pomoc na miejscu, w Usnarzu Górnym, gdzie od wielu tygodni koczuje grupa 32 osób.

- W decyzjach obu sądów wyszło na to samo: nie interesuje nas prawo, nie oceniamy przyczyn stanu wyjątkowego - mówi nam Marcin Skubiszewski. - Ja w swoim wystąpieniu przed sądem mówiłem, że wcześniej czy później ludzie na granicy zaczną umierać, bo to było oczywiste. I tak się dzieje - dodaje.

W jego ocenie bezprawiem są przepisy wprowadzone przez MSWiA, zgodnie z którymi można odsyłać zatrzymanych migrantów na Białoruś w ramach tzw. push-backów. - Każdy powinien mieć prawo do tego, by polskie służby zapewniły mu możliwość złożenia wniosku o ochronę międzynarodową i otoczyły opieką. Nie każdy zostanie uznany za uchodźcę, ale każdy ma prawo móc się o to starać - tłumaczy aktywista.

Zarówno on, jak i Marek Epler zapowiadają, że ze swoimi sprawami pójdą do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. - Nasze sądy okazały się zbyt uległe dla obecnej władzy - mówi pan Marek, wypowiadając się o rządzących w mocnych, kategorycznych słowach. Nazywa ich "zorganizowaną grupą przestępczą o charakterze zbrojnym". - To są przestępcy, którzy łamią prawo, łamią Konstytucję i traktaty międzynarodowe, pozwalają na śmierć niewinnych ludzi na granicach, a do tego są obstawieni ludźmi uzbrojonymi. To nie są żarty - uważa nasz rozmówca.

DOSTĘP PREMIUM