,
Obserwuj
Świat

Chiny się cieszą, Europa płacze. Nieoczekiwany efekt wojny w Zatoce

Anna Augustyn, Wojciech Kowalik
4 min. czytania
12.04.2026 16:29

Rynki na świecie odetchnęły z ulgą po tym jak udało się zawrzeć amerykańsko-irański rozejm. Ropa naftowa i gaz tanieją, armatorzy chcą wyciągać swoje statki z cieśniny Ormuz, ale efekty tej wojny już rozlały się po świecie. W tym - destrukcja naszego popytu. Tak ekonomiści nazywają moment, w którym, przed drogie paliwa, zaczynamy ograniczać wydatki. Najpierw na restauracje i wycieczki, później pod nóż idą poważniejsze zakupy, a na koniec zmieniamy przyzwyczajenia i na przykład zamieniamy samochód na bardziej ekonomiczny.

Ładowanie auta elektrycznego
Ładowanie auta elektrycznego
fot. PIOTR DZIURMAN/REPORTER

Z tego artykułu dowiesz się:

  • Jak świat zareagował na uspokojenie sytuacji na linii USA - Iran?
  • Czy możliwy jest powrót do energetycznej normalności?
  • Co czeka branżę samochodową?

Na początek działanie odejmowania. Czyli rzecz o tym, czego będzie brakować światu do chwili pełnego odmrożenia handlu surowcami z Bliskiego Wschodu. Amerykańsko-irańska wojna w Zatoce Perskiej wymazała z rynku 20 milionów baryłek ropy naftowej transportowanej morzem. Połowę tej ilości światu udawało się przez miesiąc uzupełniać z zapasów na czarna godzinę. W ten sposób naftowa dziura skurczyła się do wielkości mniej więcej jednej dziesiątej światowego zapotrzebowania na surową ropę, diesel, benzynę dla lotnictwa i naftę. Z powodu fizycznego braku i fatalnych perspektyw na przyszłość - o nich za chwilę - surowiec i gotowe paliwa podrożały w historycznym tempie, ropa o 50 procent, paliwo lotnicze o ponad 100 procent, podobnie diesel i nafta. Po ogłoszeniu rozejmu nastąpił ruch w odwrotnym kierunku, ale do poziomu sprzed wojny jest jeszcze bardzo daleko. Z gotowymi paliwami sprawa nie jest tak prosta, bo ceny szybciej rosną niż później spadają. Ale problem nie jest czysto techniczny. Zatem co dalej?

Podatek nałożony na każdego

Odpowiedź brzmi - zmiana. Może nie tak wielka i cywilizacyjna jak ta, którą świat przeszedł po poprzednim szoku naftowym. Zacząć się może od... destrukcji popytu. Czyli procesu, w którym kurczą się zakupy, bo robi się za drogo. Na końcu tego procesu wszystko jest inaczej. Na stałe. Jak to działa? Początkiem jest wzrost cen. W tym konkretnym przypadku wzrost cen ropy naftowej, który zadziałał w praktyce jak podatek nałożony na każde gospodarstwo domowe i każdą firmę.

Polacy na benzynę i energię wydają rocznie dziesiątki miliardów złotych. Nawet niewielki procentowo wzrost tych wydatków to kwota niebagatelna. Włożona w paliwo zamiast w inne kategorie. Ekonomiści nazywają to zjawisko "drenażem siły nabywczej", bo tankowanie jest konieczne, w przeciwieństwie na przykład do wyjazdu na wakacje. To destrukcji etap pierwszy. Potem przychodzi spadek zaufania, czyli etap drugi: ludzie widzą rosnące ceny paliw, słyszą złe wieści o gospodarce i zaczynają się martwić. Ograniczają wydatki niekonieczne - na wypoczynek i przyjemności - wyjście do restauracji czy podróże. Na koniec, w etapie trzecim, zamierają duże zakupy. Gdy gwałtownie rosną koszty życia, najpoważniejsze decyzje finansowe są odkładane na lepsze czasy. Na końcu tego procesu, jeśli wysokie ceny utrzymują się wystarczająco długo, ludzie zmieniają swoje nawyki na dobre. Inwestują na przykład w oszczędny samochód.

Po dwóch szokach paliwowych z lat 70 ubiegłego wieku Zachód z krążowników szos na stałe przesiadł się do samochodów małolitrażowych. Zniknęły 5-metrowe Chevrolety i Mercedesy z 8-litrowymi silnikami, ich miejsce zajęły małe Hondy, Toyoty i Volkswageny. Po tym jak państwa arabskie odcięły Zachodowi dostawy ropy naftowej, najpopularniejszym modelem w Ameryce stał się Civic, a w Europie Golf. Świat przystosował się do drogiej ropy, której cena wzrosła w stosunkowo krótkim czasie z dwóch do trzydziestu dolarów, czyli piętnastokrotnie. W USA powrót do poziomu zużycia paliw sprzed kryzysu zajął prawie dekadę. Ale krążowniki szos nie wróciły już nigdy.

Czas na używane elektryki

Przyjrzyjmy się teraz temu, z czym mamy do czynienia dzisiaj. Międzynarodowa Agencja Energii ostrzegała świat, że stanął wobec największego w historii kryzysu. Poważniejszego od tego, po którym Zachód zaczął jeździć maluchami, rozwijać energetykę atomową i budować własne szyby naftowe. I choć dzisiaj napędzany jest relatywnie mniejszą ilością anergii niż wtedy (bo gospodarki są efektywniejsze), to i tak znalazł się w strefie energetycznego zgniotu. Gospodarki Azji Południowo Wschodniej zależne od dostaw z Bliskiego Wschodu dotknął paraliż, w nieco lepszej sytuacji jest Europa. Ale i tu zaczęły się przymiarki do generalnych oszczędności. We Francji, gdy jeden z koncernów wprowadził maksymalne ceny paliw, na co dziesiątej stacji w kraju zabrakło benzyny. Po tym jak tankowanie odrzutowców podrożało o 100 procent, europejskie linie lotnicze ścięły siatkę połączeń i podniosły ceny biletów. Rzecz jednak nie w lataniu, a w jeżdżeniu.

Europejczycy myślą o zmianie i zaczynają się rozglądać za samochodami na prąd. Zwłaszcza tymi używanymi, bo są znacząco tańsze od nowych. W Norwegii największa internetowa platforma sprzedażowa finn.no mówi o prawdziwym boomie na samochody na prąd. W ostatnich tygodniach używane auta elektryczne wyprzedziły tam w sprzedaży internetowej auta na ropę. We Francji w sieci AramisAuto udział elektryków w całej sprzedaży od początku wojny wzrósł dwukrotnie. W Szwecji na platformie Blocket sprzedaż pojazdów elektrycznych wzrosła o 11 procent w pierwszych dwóch tygodniach marca w porównaniu z poprzednimi dwoma tygodniami, podczas gdy liczba wyświetleń modeli EV wzrosła o prawie 20 procent. W Niemczech mobile.de, największa platforma motoryzacyjna, początkiem marca odnotowała potrójny wzrost wyszukiwań elektryków, dealerzy samochodowi otrzymali w tym samym czasie o prawie 70 procent więcej zapytań o używane EV niż w lutym. A w Polsce na platformie OLX liczba pytań o auta na prąd wzrosła o 40 procent.

Ekonomiści mówią o przełamaniu bariery psychologicznej. Gdy benzyna kosztuje w Europie więcej niż 2 euro za litr, w Ameryce ponad 4 dolary za galon, kierowcy cierpią przy dystrybutorze finansowe katusze i zaczynają liczyć. I na te przeliczenia liczą producenci elektryków, szczególnie tańszych marek. Największy chiński producent sprzedający na rynku europejskim zaczął reklamować swoje auta hasłem "Oszczędzaj z nami". I planować wzrost sprzedaży nawet jeśli szok paliwowy będzie systematycznie ustępował. W gorszej sytuacji są zachodnie koncerny motoryzacyjne, bo świeżo skreśliły plany rozwoju modeli elektrycznych. I trudno będzie im z tej drogi zawracać kolejny raz.

I na koniec wracamy na początek. Bo w tej historii najważniejszych jest czas. Jak długo potrwa powrót do normalności i jak nowa norma będzie wyglądać. Bo eksperci są zgodni, że po ostatnich tygodniach nowego kryzysu naftowego nie wszystko będzie takie samo.

źródło: TOK FM