Kulisy kampanii strachu przed Grupą Wagnera. "Prigożyn próbował zastraszyć polskie władze"
"Strach strachem, ale budzenie go samo w sobie nie jest przecież celem propagandy. (...) Co Prigożyn chciał osiągnąć, trzymając w strachu Polaków czy Bałtów? Zgodnie z uniwersalną mądrością: jeśli nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o pieniądze" - pisze Stanisław Sadkiewicz w książce pt. "Muzykanci. Nieopowiedziana historia Grupy Wagnera".
Poniższy fragment pochodzi z książki autorstwa Stanisława Sadkiewicza pt. "Muzykanci. Nieopowiedziana historia Grupy Wagnera" wydanej 25 marca 2026 roku nakładem wydawnictwa Insignis.
(...) Pod koniec lipca na spotkaniu Łukaszenki i Putina prezydent Białorusi żalił się na problemy z wagnerowcami.
"[Wagnerowcy] zaczęli nas stresować, mówią: «Chcemy jechać na Zachód. Pozwól nam jechać». Zapytałem, dlaczego chcecie jechać na Zachód. «No, żeby pojechać na wycieczkę do Warszawy, do Rzeszowa»".
Rzeszów ma się źle kojarzyć wagnerowcom, bo gdy walczyli w Ukrainie, widzieli, skąd dociera broń na front. "Rzeszów jest problemem" - mówił Łukaszenka, nawiązując do podrzeszowskiego lotniska w Jasionce, które po wybuchu wojny zamieniło się w logistyczny hub do przesyłania pomocy wojskowej dla walczącej Ukrainy.
Po pierwszej wrzutce z granicy polsko-białoruskiej pojawiają się kolejne. Zmontowane zdjęcia przedstawiające wagnerowców już nie tylko przy polskich słupach granicznych, ale też przy litewskich i łotewskich, krążą coraz liczniej. W prowagnerowskich mediach społecznościowych raz po raz pojawiają się zapowiedzi "wycieczki do Polski" . (...)
W pierwszej połowie sierpnia polska Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego zatrzymuje dwóch obywateli Rosji, którzy na zlecenie rosyjskich służb kolportowali w Krakowie i Warszawie propagandowe materiały Grupy Wagnera 60. Obaj Rosjanie powiązani ze środowiskiem kibicowskim rozklejali na słupach, murach i koszach na śmieci naklejki z wagnerowskim emblematem, napisem "Jesteśmy tu" i kodem QR, który przekierowywał na stronę rekrutacyjną Grupy Wagnera. (...)
Oliwy do ognia dolewa premier Mateusz Morawiecki, który na briefingu w zakładzie zbrojeniowym Bumar-Łabędy w Gliwicach informuje o podejrzeniach polskiego rządu, że Grupa Wagnera może zostać wykorzystana do jakiejś formy ataku na wschodnią flankę NATO. "Ponad stu najemników Grupy Wagnera przesunęło się w kierunku Przesmyku Suwalskiego. Na pewno jest to krok w kierunku dalszego ataku hybrydowego na polskie terytorium".
Bębenek podbijają też polskie media, konkurując clickbaitowymi nagłówkami o jednoznacznym wydźwięku: Grupa Wagnera lada moment może zaatakować Polskę. (...)
Dziś jednak wiemy, że Łukaszenka nigdy nie miał najmniejszego zamiaru używać wagnerowców do jakichkolwiek wrogich wystąpień przeciwko wschodniej flance NATO.
Po co więc było to wszystko? Czemu miała służyć ta akcja, prowadzona wspólnie przez Prigożyna i Łukaszenkę, a ochoczo podchwycona przez polskich polityków i media? Czy chodziło o próby przekonania świata, a przede wszystkim sąsiadów Białorusi, że Grupa Wagnera, już, już, za moment, gotowa jest przekroczyć granicę? I jeśli faktycznie chciałaby ona w jakikolwiek sposób Polskę czy kraje bałtyckie atakować, to po co wcześniej wszystkich przed tym atakiem ostrzegała? I w jakim celu Łukaszenka, który nie dał wciągnąć swojego kraju w wojnę w Ukrainie u boku Rosji, miałby teraz sam za pomocą wagnerowców występować zbrojnie przeciwko NATO?
Cel tej kampanii świetnie podsumowuje jedna z grafik, którą propagowały wówczas prowagnerowskie kanały. Na rysunku przedstawiono potężnego, zamaskowanego wagnerowca stojącego na tle biało-czerwonego słupa granicznego. Wielkimi łapskami, w których trzyma nóż i widelec, obejmuje dwóch znacznie od niego mniejszych i struchlałych ze strachu żołnierzy w polskich mundurach. Napis nad grafiką głosi: "Nóż należy trzymać w prawym ręku, widelec w lewym, a Polaków - w strachu". (...)
No dobrze, mógłby ktoś zapytać, strach strachem, ale budzenie go samo w sobie nie jest przecież celem propagandy. Co Prigożyn chciał osiągnąć, trzymając w strachu Polaków czy Bałtów? Zgodnie z uniwersalną mądrością: jeśli nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o pieniądze.
W tym okresie, na przełomie lipca i sierpnia wokół Grupy Wagnera dzieje się dużo, a sytuacja szybko się zmienia. Niemal natychmiast po przybyciu pierwszych wagnerowców na Białoruś rozpoczynają się wspólne szkolenia z białoruską armią. (...)
Grupa Wagnera na Białorusi czuje się coraz bardziej jak u siebie. Zdjęcia satelitarne wskazują, że na poligonie pod Osipowiczami trwają intensywne prace ziemne: kopane są transzeje, okopy, ziemianki, także całe bunkry - prawdopodobnie w celu prowadzenia tam szkolenia w warunkach jak najbardziej zbliżonych do tych, z jakimi wagnerowcy mierzyli się w Ukrainie. Opozycyjna organizacja Białoruski Hajun, która zajmuje się śledzeniem doniesień o ruchach rosyjskich wojsk w Białorusi, twierdzi z kolei, że stare, opuszczone magazyny wojskowe we wsi Popławy, położone tuż obok poligonu, zaczęły znów być używane i to mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Grupa Wagnera pojawiła się w leżącej nieopodal bazie w Celu.
Jednocześnie trwa rotacja pracowników do Afryki. Członkowie kontyngentów z Libii, Mali czy Republiki Środkowoafrykańskiej wracają do domów na urlopy, zastąpić ich mają świeże siły. (...)
Gdyby opierać się tylko na oficjalnych komunikatach - czy to rządu Białorusi, czy Kremla albo półoficjalnych publikacjach na prowagnerowskich kanałach - można by odnieść wrażenie, że Prigożyn wygrał, stawiając wszystko na jedną kartę podczas Marszu Sprawiedliwości. (...)
Sprawdź, czy wiesz, co ważnego wydarzyło się w ostatnich dniach. Tylko najbardziej zorientowani udzielą więcej niż 8 dobrych odpowiedzi...
Quiz: Quiz tygodnia TOK FM: ile zapamiętałeś z najważniejszych wydarzeń ostatnich dni?
Ukończ quiz i odbierz nagrodę do -40% na TOK FM Premium!
Zniżka zależy od uzyskanego wyniku.
Promocje nie łączą się.
Gdzieś na obrzeżach tego strumienia propagandy sukcesu pojawiają się jednak informacje mogące sugerować, że nie wszystko idzie po myśli Prigożyna. W ciągu miesiąca, jaki upłynął od buntu, ogłoszenia o wznowieniu naboru publikowane są naprzemiennie z informacjami o jego wstrzymaniu, co może wskazywać, że w samej Grupie Wagnera nie wiedziano wówczas, gdzie i w jakim charakterze przyjdzie organizacji działać i ilu ludzi będzie do tego potrzeba. Do końca lipca kończą działanie centra medyczne w Anapie, gdzie leczeni i rehabilitowani byli ranni wagnerowcy. Choć sam Prigożyn udaje się na miejsce, by zapewnić pacjentów, że zgodnie z jego ustaleniami z Kremlem nic się dla nich nie zmieni i przejdą oni pod opiekę Ministerstwa Zdrowia, to wkrótce pojawiają się plotki, że już od czasu buntu ranni wagnerowcy nie otrzymują właściwego leczenia, mają problemy z uzyskaniem odszkodowań i często muszą się leczyć na własny koszt. Krążą też pogłoski o przejęciu syryjskich kontraktów Grupy Wagnera przy ochronie pól gazowych przez Redutę albo wręcz jednostki Ministerstwa Obrony.
W tym czasie na jednym z telegramowych czatów używanych przez rodziny wagnerowców pojawia się radosna wieść: chłopcy wracają do domów! Ci z wagnerowców, którzy nie zostali skierowani na urlopy już po buncie, a pojechali z Prigożynem i Utkinem do Białorusi, wysyłani są do Rosji. O ile żony czy matki cieszą się, że zobaczą swoich bliskich, (...) to dla samych wagnerowców niekoniecznie jest to wesoła nowina. (...)
Zamiast spokojnej pracy - bezrobocie. Zamiast egzotycznej Afryki - okopy Ukrainy, tyle że teraz już w ramach Ministerstwa Obrony. A może nawet - gdy nie będzie ich już osłaniał parasol Prigożyna - zarzuty, sąd i więzienie za udział w zbrojnej rebelii.
Urlopy są bowiem urlopami tylko z nazwy. W rzeczywistości Grupa Wagnera ogranicza liczebność i wraca do modelu działania sprzed pełnoskalowej wojny w Ukrainie. W Republice Białorusi jest miejsce dla kilkudziesięciu, może kilkuset instruktorów, kolejne kilka tysięcy potrzebne jest w Afryce. Ale dla tych, którzy do Afryki się nie zakwalifikują, "perspektywy są mgliste", jak pisze w tamtym czasie anonimowy, ale ewidentnie dobrze poinformowany administrator jednego z kanałów telegramowych. Wagnerowcy wsadzani są więc w autobusy i wysyłani do Woroneża, Rostowa czy Krasnodaru; tam nie otrzymują nawet biletu na dalszą podróż, a jedynie polecenie, by "utrzymywali kontakt z organizacją".
Informacje te potwierdzane są przez brytyjski wywiad, który 13 sierpnia podaje, że Grupa Wagnera najprawdopodobniej przechodzi proces "rekonfiguracji" w celu redukcji kosztów utrzymania personelu. Według autora wpisu po czerwcowym puczu Kreml miał wstrzymać finansowanie organizacji, natomiast Białoruś nie jest w stanie utrzymywać tak dużych sił na swoim terytorium.
Czy te koszty, można by zapytać, nie były znane wcześniej, gdy Łukaszenka zapraszał Grupę Wagnera do siebie? Pojawiały się pogłoski, że podczas gorączkowych negocjacji ta kwestia nie została dokładnie omówiona i białoruski prezydent sądził, że pieniądze na utrzymanie wagnerowców nadal będą płynąć z Kremla, skoro w końcu w dalszym ciągu mają oni realizować rosyjskie interesy w Afryce. Dopiero po relokacji, gdy okazało się, że Putin nie ma zamiaru przeznaczyć na ten cel ani kopiejki, Łukaszenka kazał większość wagnerowców odesłać do domów.
Najbardziej prawdopodobny wydaje się jednak jeszcze inny scenariusz, który przy okazji wyjaśnia kwestię medialnej kampanii mającej na celu "trzymać Polaków w strachu": w trakcie negocjacji podczas czerwcowego buntu Łukaszenka może nie tyle okłamał, co świadomie wprowadził w błąd Prigożyna w kwestii tego, kto będzie finansował Grupę Wagnera. Sam się do tego nie palił, wiedział, że i Putin się na to nie zgodzi, ale priorytetem było zatrzymanie marszu na Moskwę. Łukaszenka powiedział więc Prigożynowi to, co ten chciał usłyszeć - pieniądze się znajdą. W ten czy inny sposób. Jeśli nie Moskwa, zapłaci ktoś inny. A kto? O to będziemy się martwić, jak przyjdzie na to czas.
Dwa lata później białoruskie opozycyjne media upubliczniły zapis rzekomej rozmowy telefonicznej, jaką mieli odbyć Prigożyn i Łukaszenka 24 czerwca 2023 roku, a więc w momencie, gdy Marsz Sprawiedliwości trwał w najlepsze.(...)
(...) Wszystko, co wydarzyło się później, potwierdza, a przynajmniej uprawdopodobnia autentyczność rozmowy.
"Cześć, Żenia" - mówi Łukaszenka. Musi to być któraś z kolei rozmowa, bo białoruski prezydent nawiązuje do jakichś wcześniejszych ustaleń: "Jeszcze z nim [Putinem] nie rozmawiałem. Póki co, całe jego otoczenie staje na głowie. Przekonują mnie, proszą. (…) No wiesz, sytuacja jest, jaka jest. Zrobiliśmy już trochę. Ale nasza służba prasowa, no cóż, złożyła oświadczenie, które może być dla nas szkodliwe: że rozmawialiśmy z prezydentem dziś rano i że zrobimy wszystko dla pokojowego rozwiązania konfliktu. I że zasugerowałem, iż porozmawiam z Prigożynem i tak dalej. (…) Tak że odbyliśmy kilka rund negocjacji i opracowaliśmy absolutnie akceptowalną opcję bezkrwawego rozwiązania tej kwestii. To znaczy, cóż, ja już trochę prowokuję stronę rosyjską".
Tu Łukaszenka ma zapewne na myśli, że wydał oświadczenie o trwających negocjacjach z Prigożynem bez zgody Kremla, nie rozmawiając nawet z Putinem, co najprawdopodobniej jest kłamstwem - wątpliwe, by pozwolił sobie na taki ruch bez konsultacji.
"A może oni mają już inne opcje?" - kontynuuje białoruski prezydent. "Może chcą zabić Prigożyna? Taki wariant. Różne są możliwe".
"Nie" - odzywa się drugi głos należący do szefa Grupy Wagnera. "Zabić Prigożyna to jednocześnie zginie tam tyle narodu, że zlituj się Boże".
"Ot, w tym rzecz" - zgadza się Łukaszenka. "Zabić go można, ale ile dziesiątek tysięcy ludzi zginie? Tak, zamkniemy jakiś most, umocnimy się na nim. Spotkamy się. Tylko kto się z nim spotka? Kogo tam macie? W najlepszym razie Rosgwardię,
w najgorszym - milicja i zmobilizowani, nieprzygotowani ludzie".
"No tak" - przytakuje Prigożyn, bo przecież planując bunt, dobrze wiedział, że między Rostowem a Moskwą nie ma żadnych realnych sił zdolnych go powstrzymać.
"Dlatego nie można się na to zgodzić" - mówi dalej Łukaszenka. "Myślę, że Putin poprze moją propozycję [relokacji na Białoruś]".
I wyciągniecie od niego pieniądze, żeby opłacił wszelkie koszta?" - dopytuje Prigożyn.
I tu Łukaszenka nagle zaczyna się jąkać i kluczyć, ewidentnie nie chcąc dać żadnej jednoznacznej deklaracji.
"Słuchaj, jakoś to rozwiążemy. Nawet jeśli [Putin] oszaleje i nie da pieniędzy… No… Znajdziemy…"
"Niech Polacy płacą - mówi Prigożyn - żebyśmy trzymali się od nich z daleka".
Na te słowa Łukaszenka wybucha śmiechem.
"Może być i tak. Dogadamy się. To problem, ale niewielki. Będziemy nad tym pracować".
Temu więc miała zapewne służyć kampania straszenia Polaków Grupą Wagnera. Gdy okazało się, że ani Moskwa, ani Mińsk nie są skłonne do utrzymywania tysięcy najemników, Prigożyn próbował wyszarpać te pieniądze od Warszawy. Niczym wprawny rekieter oferujący "ochronę" polegającą na tym, że za odpowiednią opłatę nie zrobi krzywdy ofierze. Prigożyn próbował zastraszyć polskie władze na tyle, by zgodziły się mu płacić, byle tylko swych gróźb nie realizował. (...)
Posłuchaj: